świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Zapewnia się atmosferę życzliwości

Z cyklu "Podlasie", fot. Tomasz Tomaszewski

"Rzeczy same z siebie nie są ani piękne ani brzydkie. To od nas, którzy je pokazują np. na fotografii, zależy jak zobaczą je inni".- powiedział o swoich zdjęciach z Podlasia Tomasz Tomaszewski podczas wernisażu w Starej Pomarańczarni w Warszawie. Plenerową wystawę jego najnowszych fotografii można oglądać do 28 maja na ogrodzeniu Parku Łazienki Królewskie, od strony Alej Ujazdowskich.
Gdyby Tomasz Tomaszewski chciał kiedyś wydać album ze swoimi zdjęciami z różnych projektów (nieprzypadkowo unikam słowa "najlepszymi" bo równie dobrze mogłabym napisać "wszystkimi") ten cytat byłby idealnym mottem. Wyraża istotę jego fotografii, sposobu pracy, patrzenia na świat, stosunku do ludzi. Przypomina mi się tu scena, o której opowiedział mi kiedyś narzeczony. Tomasz Tomaszewski wchodzi do kiosku po gazetę. Przy kasie stoi kobieta z psem rasy "niepodobny do nikogo". Pies zaczepia fotografa, na co ten głaskając go mówi: Taki jesteś brzydki, że aż piękny!
Patrząc na świat oczami Tomasza Tomaszewskiego narzucam sobie dyscyplinę: spojrzę na rzeczy takimi jakie są, nie dlatego, że są ładne czy brzydkie. Pozwolę sobie na zachwyt, taki najprostszy, choćby nad mokradłami w lesie, które jeśli zechcę wyglądają jak te spod ręki Moneta.


Z cyklu "Podlasie", fot. Tomasz Tomaszewski


23:41, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 kwietnia 2012
Mniej znaczy więcej

Warszawskie Zakłady Farmaceutyczne "Polfa", króliki używane do testowania leków, 1967 r., fot. Aleksander Jałosiński / FORUM

Za chwilę wiosna dopadnie nas na dobre i niechętnie będziemy zaglądać do galerii. To ostatni moment, żeby zobaczyć niezwykłą wystawę "Chodząc po ziemi", podsumowującą półwiecze pracy fotoreportera Aleksandra Jałosińksiego. Dom Spotkań z Historią przygotował dla
widzów prawdziwą ucztę. Na wystawie można obejrzeć 150 zdjęć autora, niektóre z nich prezentowane są po raz pierwszy. Wybrane przez kuratorkę (Monika Kapa-Cichocka) i fotoedytorów (Tomasz Gleb oraz Jarosław Stachowicz) fotografie tworzą poruszający obraz
peerelowskiej prowincji. W serii wystaw przypominających dorobek współczesnych Jałosińskiemu fotografów prasowych brakowało spojrzenia na wspomniany okres z perspektywy pozawarszawskiej. Jednak nie to jest na tej wystawie dla mnie najciekawsze. Albo inaczej, idąc na wystawę wiedziałam, że zobaczę świetne zdjęcia prasowe. To co mnie urzekło, to snute jakby mimochodem, pojawiające się między kolejnymi częściami wystawy, refleksje Aleksandra Jałosińskiego na temat zawodu fotoreportera. Nie zdradzam szczegółów, zaczepnie przypominając tylko za mistrzem jedną z zasad panujących w ówczesnych redakcjach. Na jedno opublikowane zdjęcie przypadało pół negatywu, z których fotoreporter był dokładnie rozliczany. Oczywiście zdarzało się, że za własne oszczędności kupował dodatkowe klisze, były to jednak wyjątkowe sytuacje.  Czy mniej oznaczało więcej, przekonajcie się sami odwiedzając wystawę, jeszcze do 20 maja 2012 r .

16:09, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Poza dużym kadrem

Z cyklu "Behind the Curtain",  fot. Ula Wiznerowicz

Wydawałoby się, że są tematy, których nie da się opowiedzieć za pomocą fotografii, nie odbierając ludziom i miejscom godności. Oraz że w pewnych okolicznościach człowiek na zdjęciach wygląda zawsze tak samo. Że zwykle są to zbyt dosłowne, przerysowane i oczywiste ujęcia.
Ula Wiznerowicz w rodzinnej wsi Palmowo w Wielkopolsce sfotografowała kobiety i mężczyzn borykających się z alkoholizmem. Cykl "Behind the Curtain" opublikował najnowszy "Przekrój". Od dawna nie widziałam tak dobrego materiału, poruszającego powszechny, społeczny problem.
Pracę nad projektem autorka nazwała "podróżą", gołym okiem widać jej duże zaangażowanie w temat, empatię. Ciepłe, przenikliwe portrety idealnie korespondują z fotografią codzienności,
faktury miejsca. Ten naprzemienny rytm wydaje się naturalny. Na koniec najważniejsze - wbrew pozorom w "Behind the Curtain" to forma idzie za treścią.
Materiał został już nagrodzony w FotoVisura Grant w Nowym Jorku oraz otrzymał nagrodę londyńskiej Saachi Gallery i Channel 4. 

13:29, cwiczeniazpatrzenia , prasowanie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
O ojcze!

W ostatnich Wysokich Obcasach ukazała się moja rozmowa z Wojtkiem Wieteską, dla odmiany-nie tylko o fotografii. Jeśli ktoś przegapił-załączam.

Zdjęcie na okładce: Kuba u cioci Wandy i wujka Maćka, Västerås, Szwecja, fot. Wojtek Wieteska

Rozmowa z Wojtkiem Wieteską autorem zdjęć do zbioru felietonów Agaty Passent pt. „Dziecko?O matko!“ (wydawca Twoje Dziecko, listopad 2011 r.), ojcem 5 letniego Kuby

Zanim urodził się Kuba twoje życie wyglądało...
Fantastycznie!!!To było najpiękniejsze życie jakie kiedykolwiek miałem (śmiech!).

Wstawałeś po Teleexpresie i...
...kładłem się spać nad ranem. Wydawało mi się, że noc jest dla wybranych i będąc jednym z nich tylko w nocy mogę tworzyć i żyć. W dzień odrabiałem różne zadania np. od czasu do czasu pracowałem, żeby zarobić na życie. Dziecko doszczętnie to wszystko zrujnowało (śmiech!).

I?
Zmieniło moje życie w coś kompletnie innego. Nawet gdy zostaje się ojcem w wieku 42 lat, nie jest się gotowym na takie tempo zmian. Zwykle jest się trochę głupszym od zmian, które przychodzą nagle, one są mądre, ale trzeba je dostrzec w odpowiednim momencie i dogonić.

Długo byliście ze sobą zanim zdecydowaliście się na dziecko?
Ponad dwa lata, decyzja była przemyślana i dość idealistyczna. Zabrzmi to może banalnie, ale to jest dziecko miłości.

Które wyobrażaliście sobie...?
Na szczęście nic sobie nie wyobrażaliśmy, pewnie dlatego Kuba w ogóle pojawił się na świecie.Myśleliśmy głównie o szczęściu wynikającym z obecności jeszcze jednego człowieka w naszym domu.

Jak zareagowałeś na wiadomość, że zostaniesz ojcem?
Ucieszyłem się, że jest to możliwe, bywa przecież różnie. Nie pamiętam chwili gdy Agata mi o tym mówi, to było tuż po naszym dość imprezowym wyjeździe do Nowego Jorku. Bardziej intrygowało mnie, że coś takiego działo się od kilku miesięcy, a my nic o tym nie wiedzieliśmy. Co ciekawe właśnie ten czas zapamiętałem lepiej niż kolejne miesiące, gdy zaczęły się wizyty u lekarza, zajęcia w szkole rodzenia, gromadzenie rzeczy dla dziecka. Jednocześnie wszystko toczyło się u nas jak dawniej, w swoim rytmie.Do ostatniej chwili nic nie było poprzestawiane. Trzy miesiące przed porodem zatrudniliśmy nianię. Miała się pojawić w naszym domu dzień po powrocie Agaty i dziecka ze szpitala, żebyśmy mogli wieczorem pojść na imprezkę...

Poszliście?
Następnego dnia robiłem Agacie rozkładówkowe zdjęcia do kolorowego magazynu, wieczorem gdzieś wyszyliśmy.Wtedy byliśmy przekonani, że pojawienie się Kuby nie będzie oznaczało, że coś się w naszym życiu skończyło. Dziś mogę ten czas podsumować tak: Im był mniejszy, tym było fajniej.

Organizacyjnie oczywiście.
To był ten cudowny czas głaskania po główce, dotykania noska, bez trudnych pytań. Jak Kuba zaczynał płakać wkraczała opiekunka i nosiła go po mieszkaniu. Dzięki niani niczym bohaterowie XIX wiecznej powieści w stu procentach funkcjonowaliśmy tak, jak przed pojawieniem się dziecka. Doszło do tego, że nawet go sami nie kąpaliśmy. Dopiero gdy na wakacjach w Grecji w łazience popsuło się światło, dokładnie poznaliśmy anatomię Kubusia.

Co się zmieniło, gdy niemowlę stało się dzieckiem?
Przestałem być pojedynczy. Okazało się że, o ile kiedyś udało mi się oderwać od rodziców i wypracować niezależność, tak teraz psychicznie nie potrafię oderwać się od syna. Zazdroszczę rodzicom, którzy potrafią wyjechać na rok, coś porobić i wrócić. Najdłużej nie widziałem się z synem 5 tygodni, miał 2 lata gdy wyjechałem do Japoni skonczyć projekt fotograficzny. Nasze pierwsze spojrzenie po moim powrocie, trwało może jedną tysięczną sekundy, ale przypominało spotkanie obcego z obcym, nie było miłe. Nie chciałbym sprawdzić jak to wygląda, gdy rozłąka trwa dłużej. Pamiętam gdy na wakacjach w Szwecji robiłem zdjęcia i nagle Kuba, który stał tuż za mną złapał mnie za nogę i unieruchomił. Agata zrobiła nam fajne zdjęcie, ja nic nie sfotografowałem.

Symboliczne.
Potrafiłem kiedyś zniknąć na trzy miesiące i do nikogo się nie odezwać, z lenistwa, zagłębienia w fotografii, z egoizmu artystycznego. Nie mam już takich pomysłów, gdzie indziej ulokowało się moje poczucie wolności. Do tej pory wiązałem je z fizycznością, przemieszczaniem się, odrywaniem się od ludzi. Dziś mam większe poczucie rzeczywistości, co oczywiście stwarza inne granice, ale też zmusza do przekraczania ich na nowo, w inny sposób.

Np. przy użyciu wyobraźni w trakcie zabawy z dzieckiem: rurka bez kremu może być lunetą, pudełko po grapefriutach mieczem.
Gdy Kuba był mały i babcia upominała go, żeby nie wkładał głowy w kwiatki bo go ugryzie pszczoła, sam go w te kwiatki wkładłem, żeby się w nich wytarzał, poczuł zapach, odkrył kolor.Wychowanie to proces twórczy, ale nie podróż w nieznane.Część rzeczy trzeba zaplanować i ćwiczyć od początku. Myślenie konceptualne nie wystarczy, tu trzeba postępować jak z materią twórcza, krążenie wokół formy i zastanawianie się, jak zmienić jej kształt nic nie da. Taką formę trzeba czymś potraktować, przedziurawić ołówkiem, przewrócić żeby pękła, wypolerować. Są różne metody, wiele zależy od wyobraźni, ale też od własnej konstrukcji. Postawiłem sobie za punkt honoru, że uruchomię w Kubie umiejętność abstrakcyjnego myślenia o „oniejednoznaczności świata tego“, że otworzę mu wyobraźnię na wielość. Można powiedzieć dziecku, że okno jest oknem i tyle. Ale można mu pokazać, że jest coś przed i za oknem, że coś odbija się w szybie i że to odbicie składa się z wielu warstw oraz że gdy się stanie trochę z prawej albo trochę z lewej strony to odbicie będzie zupełnie inne. Często mu powtarzam, że oczywiście czarne jest czarne, ale jak do tego dodasz trochę białego to zrobi się szare itd.

Zanim zacząłeś fotografować Kubę szukałeś odpowiedniej formy, rozważałeś  reportaż ale też coś bardziej konceptualnego. „Nie dokonałem wyboru ponieważ mój syn mnie bardzo zainteresował i wszystkie aspekty projektowe szybko straciły znaczenie“- napisałeś we wstępie do książki. Co tak zainteresowało Wojtka Wieteskę-fotografa w jego własnym dziecku?
To że się zmienia, fotograficznie to jest najciekawsze. Jeżdżę do Paryża, gdzie spędziłem dzieciństwo i odwiedzam miejsca, które od lat wyglądają tak samo, co jest oczywiście fajne i niefajne równocześnie. Dziecka nie zatrzymam, dziś jest takie, za chwilę będzie kompletnie inne, to nie jest temat, do którego wrócę i zastanę w podobnym stanie. Dzięki fotografii można się temu procesowi przeistaczania dokładnie przyjrzeć. Przyłapywałem się na tym, że oglądam zdjęcia Kuby sprzed kilku miesięcy, żeby go lepiej poznać, nauczyć się go. W tym jednym, jedynym momencie chciałem zobaczyć coś więcej, niż może zarejestrować oko, które w tym samym czasie odbiera masę innych bodźców.

Jakie są dziś Twoje relacje z Kubą?
Ostre, ale czułe, coraz bardziej kumpelskie.

We wstępie do zbioru felietonów „Dziecko?O matko!“Agata napisała, że felietonistce trudno jest pisać o własnym dziecku tak, by nie stało się obiektem dziennikarskiej analizy, obserwacji podszytej ironią. Ty z kolei w posłowiu książki przyznajesz: ”Żeby sfotografować swoje dziecko trzeba zejść z piedestału drabinki własnego ego“. Ustawiałeś Kubę w lepszym świetle, pod ładniejszą ścianą, prosiłeś o powtórzenie miny? Wielu rodziców tak fotografuje dzieci.

Zdjęcia, które zrobiłem Kubie wydają mi się lekko banalne z perspektywy moich innych prac, bo nie dokumentują samych ważnych momentów. To są takie kawałeczki historii z jego życia, które być może kiedyś zechce sobie poukładać, coś przypomnieć. W pewnym sensie źródłem inspiracji był zbiór 20-30 fotografii rodzinnych autorstwa mojego taty. Maleńkie odbitki z lat 60.: ja na nartach, ja z mamą, z tatą itd. Dalekie plany, poobcinane nogi, różne ekspozycje. Negatywy oczywiście zginęły, nie mogę obejrzeć pozostałych ujęć, to jedyne zdjęcia, które zostały mi z dzieciństwa. Większość z nas ma w domu podobne fotografie, niewiele pokazują ale uruchamiają wyobraźnię, wspomnienia. Patrzę na zdjęcie, na którym mam przypięte narty i od razu przypominam sobie, że w ogóle nie umiałem na nich jeździć. Natomiast godzinami mogę opisywać wilgoć śniegu tego dnia, bo co chwila na nim lądowałem...

Słyniesz ze zdjęć ulicznych wykonywanych z dystansu. Fotografowanie bliskich było czymś nowym.
Z perspektywy czasu żałuję, że w swoim archiwum mam tak niewiele zdjęć rodzinnych, większość to fotografie obcych ludzi. Narodziny syna zmusiły mnie, żeby się nad tym zastanowić. Po co przez 29 lat robiłem zdjęcia setkom tysięcy przechodniów, przecież większość nigdy nie ujrzy światła dziennego, na zawsze zostanie w szafie. Możliwe że zupełnie pożegnałem się z robieniem zdjęć ludziom z dystansu. Zainteresowała mnie bliskość w fotografii.

Cykl fotografii Kuby kończy w książce zdjęcie z twojej pracowni, które powstało zanim pojawił się Kuba.
A dokładnie zanim powstał. Są na nim trzy okna z widokiem na przepływające chmury. To była chwila, forma, która mogła być jakimś przeczuciem, takie trzy kropki...

Coś Ciebie zaskoczyło w ojcostwie?
Możliwość innego Ja.





14:19, cwiczeniazpatrzenia , ale klata
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 marca 2012
Pielgrzymka Annie Leibovitz

Pastele Georgi O'Keeffe, fot. Annie Leibovitz /"Pilgrimage" (Random House, 2011)

Beata Łyżwa-Sokół: Od lat dla największych magazynów na świecie realizujesz wielkie, przypominające produkcje filmowe, sesje celebrytów. Skąd pomysł na kameralną serię pejzaży, zdjęć architektury i wnętrz kojarzących się z postaciami ważnymi dla historii i kultury USA?

Annie Leibovitz: Po dość trudnym dla mnie czasie potrzebowałam oczyścić swój umysł i zająć się tym na czym mi zależy, co jest dla mnie ważne. Przez lata nauczyłam się, jak dbać o siebie i pracę, wiem że w odpowiednim momencie dobrze jest wyłączyć się i zrobić coś inaczej niż zwykle. Warto się zatrzymać i doładować akumulatory, zanim straci się umiejętność odczuwania czegokolwiek. Po prostu trzeba odzyskać siebie.

Dosłownie interpretując tytuł twojej książki – „Pilgrimage” to rodzaj pielgrzymki w głąb siebie?

Pielgrzymka to bardzo mocne słowo. Dla mnie oznacza poszukiwanie, podróż mającą na celu odnalezienie czegoś, medytację. Inspiracją była wizyta w domu brata Emily Dickinson w Massachusetts. Dom, dziś muzeum, od czasów wiktoriańskich niewiele się zmienił, na ścianach rozkładają się tapety. Zatrzymałam się żeby zrobić kilka zdjęć, wtedy nie traktowałam tego jako pracę, temat. Po raz pierwszy pomyślałam o tym w ten sposób kilka miesięcy później, podczas wyjazdu rodzinnego nad Niagarę. Zobaczyłam swoje dzieci, które jak zahipnotyzowane podziwiały wodospad, zaciekawiona ich fascynacją zaczęłam robić zdjęcia.

Jakim kluczem kierowałaś się wybierając miejsca do zdjęć? Kto spośród znanych z historii Ameryki polityków, artystów Ciebie inspirują, są dla Ciebie ważne i dlaczego.

Zrobiłam listę miejsc, do których zamierzałam pojechać. Podobny pomysł na książkę miała kiedyś Susan Sontag, był nawet roboczy tytuł - „The Beauty Book”. Zawsze chciałam zobaczyć Isle of Wight ponieważ nigdy nie mogłam zrozumieć jak Julia Margaret Cameron mogła tam fotografować skoro przebywanie na wyspie nie miało sensu. Nie ma już jej studia w ogrodzie ale zachowało się ogrodzenie i brama Alfreda Tennysona. Robienie zdjęć w tym miejscu przypominało poszukiwanie skarbów.

Jak ważna była wizyta w miejscach związanych z Georgią O’Keeffe?

O' Keeffe była wielką artystką, której jednak nigdy nie podziwiałam, ani nie próbowałam naśladować. Odbierając nagrodę Muzeum Georgi O’Keeffe w Santa Fe w Nowym Meksyku zostałam zaproszona na Ghost Ranch oraz do jej domu w Abiquiú, położonego na wzgórzu, z którego roztaczał się widok na całą dolinę. Pojechałam tam i gdy weszłam do jej pracowni rozpłakałam się. Uderzył mnie skromny styl życia, które prowadziła. Widok postrzępionych płócien uświadomił mi jak niewiele potrzebujemy. Prowadziła proste życie: pracowała każdego dnia, uprawiała warzywa, spacerowała po ziemi równie wymizerowanej jak ona. Była prawdziwa. Na jednym z jej obrazów widać czerwone wzgórze, które wygląda jak góra, w rzeczywistości to wysokie na 12 stóp mrowisko. Niezwykłe jest to, że dom praktycznie nie zmienił się po jej śmierci. W muzeum można obejrzeć pastele własnoręcznie wykonane przez malarkę. Patrząc na nie faktycznie masz uczucie, że ich dotykała, używała. To kolory Nowego Meksyku, czerwienie i błękity, barwy piasku na wzgórzach i nieba. Spacerowała każdego dnia. Zastanawiałam się dlaczego na wszystkich zdjęciach jest pochylona. Zrozumiałam to dopiero na miejscu, gdy zobaczyłam skały wokół jej domu – znosiła je do domu wiadrami. Spacerując zabijała grzechotniki, później straszyła gości grzechotkami przechowywanymi w pudełku. Obok kanapy, w szklanym stoliku trzymała węża...

Realizując “Pilgrimage” miałaś poczucie, że robisz coś całkiem innego niż do tej pory?

Poświęciłam temu projektowi ponad 2 lata, nie sądzę, żeby ta praca różniła się od tego, co robiłam dotychczas: zbieranie notatek, które tworzą portret. Fotografia daje wiele możliwości, można jej używać na różne sposoby. Praca nad „Pilgrimage” była poszukiwaniem emocji jednoczących serce i duszę. To było dla mnie bardzo inspirujące.

Zmienia się współczesne dziennikarstwo, pojawiają się nowe możliwości i standardy. Ktoś powiedział, że wraz z przeniesieniem się do Internetu większości mediów papierowych, profesjonalnych dziennikarzy zastąpią „media workerzy”, łączący kompetencje autora tekstu, redaktora, fotoedytora i wydawcy. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze.

W tym kontekście pozwalam sobie na żart. Na prośbę o wywiad z Annie Leibovitz jedna z osób zajmujących się udostępnianiem jej fotografii wysłała mi pdf z tekstem opublikowanym w Guardianie ( to dłuższa wypowiedź fotografki wysłuchana przez dziennikarkę) i propozycją dopisania swoich pytań. Co też uczyniłam.

Przepraszam za niedoskonałe tłumaczenie wypowiedzi A. Leibovitz, nie zajmuję się tym zawodowo, starałam się jednak oddać sens słów fotografki.

Pełny tekst, oryginalna wypowiedź Annie Leibovitz spisana przez Sarę Philips dla Guardiana TU

15:23, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Kupujcie fotografie

Zegar z cyklu "Pierwsze Gesty", fot.Józef Robakowski

Już jutro tj. 6 grudnia w warszawskiej Galerii DAP odbędzie się  9. aukcja Fotografii Kolekcjonerskiej. Kto nie był na wystawie przedaukcyjnej niech żałuje albo skorzysta z ostatniej szansy i wybierze się tam jutro. Nawet jeśli nie zamierzacie jeszcze inwestować w fotografię (choć powiedzmy to sobie szczerze - błąd!) warto odwiedzić Galerię DAP, żeby obejrzeć prace wybitnych polskich artystów, fotografujących albo wykorzystujących w swojej pracy medium fotografii. Od kilku lat czekałam na aukcję i towarzyszącą jej wystawę, która będzie przygotowana na takim poziomie, z zachowaniem standardów kolekcjonerskich, perfekcyjną prezentacją prac, profesjonalnie opracowanym katalogiem.Właściwie można się było tego spodziewać w momencie, gdy organizacją aukcji zajęły się artystki doskonale znające realia polskiego i zagranicznego rynku fotografii czyli Katarzyna Sagatowska i Katarzyna Majak. Udało im się dokonać ciekawego wyboru prac, ale też przygotować wyjątkowe historie wystawionych na aukcję fotografii (wszystkie w katalogu). Niby tak powinno być zawsze, ale wiadomo jak było do tej pory.
Z dorobku artystów kuratorki wybrały fotografie zajmujące szczególne miejsce w twórczości polskich i zagranicznych artystów, zdjęcia wystawiane na ważnych wystawach, publikowane, nagradzane lub pochodzące z istotnych cykli. Do licytacji zostaną wystawione prace, m. in.: Zdzisława Beksińskiego, Bownika, Karoliny Breguły, Jana Bułhaka, Michała Cały, Zofii Chomętowskiej, Witolda Chromińskiego, Sławomira Decyka, Mariana Dederki, Marty Deskur, Mikołaja Długosza, Andrzeja Dragana, Katarzyny Fortuny, Mariana Gadzalskiego, Marka Gardulskiego, Krzysztofa Gierałtowskiego, Teresy Gierzyńskiej, Maurycego Gomulickiego, Michała Grochowiaka, Mikołaja Grynberga, Edwarda Hartwiga, Karola Hillera, Ryszarda Horowitza, Magdy Hueckel, Waldemara Jamy, Krzysztofa Kamińskiego, Jakuba Karwowskiego, Jarosława Klupsia, Sylwii Kowalczyk, Kacpra Kowalskiego, Zofii Kulik, Ewy Kuryluk, Pawła Kwieka, Andrzeja Lachowicza, Natalii LL, Marty Leśniakowskiej, Agaty Madejskiej, Katarzyny Majak, Rafała Milacha, Teresy Murak, Wacława Nowaka, Fortunaty Obrąpalskiej, Krzysztofa Pająka, Adama Pańczuka, Marka Piaseckiego, Pawła Pierścińskiego, Wojciecha Plewińskiego, Jacka Poremby, Stanisława Pręgowskiego, Grzegorza Przyborka, Konrada Pustoły, Agnieszki Rayss, Józefa Robakowskiego, Andrzeja Różyckiego, Sławomira Rumiaka, Zygmunta Rytki, Jadwigi Sawickiej, Bronisława Schlabsa, Mikołaja Smoczyńskiego, Basi Sokołowskiej, Juliusza Sokołowskiego, Zdzisława Sosnowskiego, Szymona Szcześniaka, Waldemara Śliwczyńskiego, Ewy Świdzińskiej, Andrzeja Świetlika, Tadeusza Wańskiego, Jerzego Wardaka, Wojtka Wieteski, Marii Wołyńskiej, Piotra Wołyńskiego, Krzysztofa Zarębskiego, Joanny Zastróżnej.

Oglądajcie, kupujcie, twórzcie swoje niepowtarzalne kolekcje. 

23:07, cwiczeniazpatrzenia , galeria
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 listopada 2011
Fotografia to

Być może podobnie jak ja często zastanawiacie się, czym jest dziś fotografia. Sporo jest na ten temat dobrych lektur, wiele o samej fotografii można przeczytać w książkach z pozoru jej nie poświęconych. Polecam dziś rodzaj bryka, który odkryłam przy okazji festiwalu w Arles. Fotografka Mishka Henner realizując projekt internetowy "Photography is" zebrała ponad 3000 definicji "fotografii". Całość można przeczytać TU. Na zachętę trzy cytaty, których nie tłumaczę na polski, bo oczywiście tracą melodię:
"Photography is a good excuse to get outdoors"
"Photograpy is all about being spontaneous"
"Photograpy is like my third eye and my second voice"


23:00, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2011
Dlaczego nie wszyscy muszą robić zdjęcia

fot. Erik Kessels/Flickr/Foam


Na wystawie „What's Next? The Future of the Photography Museum” w Foam w Amsterdamie duński artysta Erik Kessels zaprojektował pokój po sufit wypełniony ponad milionem zdjęć, które w ciągu 24 godzin publikuje się na Flickerze. W opisie pracy pojawia się kilka ciekawych informacji, m.in. ta o aktualnej ilości zdjęć umieszczonych na wspomnianym portalu - to –uwaga, uwaga – ponad 6 miliardów fotografii. Tyle samo zdjęć dodają co dwa miesiące użytkownicy Facebooka.
W tekście „Prosto z ulicy dźwięki” ("Przekrój" z 21 listopada) Kuba Dąbrowski pisząc o otwartej w ubiegłą sobotę w Warszawie wystawie „Street Photography Now” przypomina definicję fotografii ulicznej i proponuje: „Na koniec porada: zamiast wracać z pracy autobusem jak zombie, włóż do kieszeni aparat i popatrz na świat z zainteresowaniem. Popatrz na światło, popatrz na ludzi.”
Nie fotografuj wszystkich i wszystkiego, co więcej - nie publikuj tych zdjęć wszędzie ani wszystkim ich nie wysyłaj – dodaję od siebie.
W słynnym eseju „O fotografii” do ekologii obrazu wiele lat temu nawoływała Susan Sontag. Nie tylko w tej kwestii wyprzedziła myślenie o współczesnej fotografii.

23:12, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2011
Warszawa w korekcie

Fotografia Zofii Chomętowskiej w okolicy klubu „Cud nad Wisłą“ w Warszawie, projekt Karoliny Breguły "Fotografia korekcyjna"

Na życzenie tych, którzy nie czytają już papierowych gazet, a w sieci toną w morzu tekstów załączam moją rozmowę z Karoliną Bregułą, którą niedawno opublikowała Gazeta Stołeczna.

Mogłabyś się zaprzyjaźnić z Zofią Chomętowską, przedwojenną fotografką, której zdjęcia z Warszawy wykorzystałaś w swoim projekcie „Fotografia korekcyjna”?

Karolina Breguła:Jeśli dzisiejsza Zofia Chomętowska byłaby podobna do tej przedwojennej mogłoby to być trudne. Ja i Chomętowska w moim wieku bardzo się od siebie różnimy.Ona cieszyła się rzeczywistością wokół siebie, ja się często przeciw niej się buntuję. Ona była fotoreporterką i dokumentowała zastaną rzeczywistość, a ja na nią reaguję, moje prace to głównie interwencja i kreacja. Ona była arystokratką wiodącą luksusowe życie, ja, wręcz przeciwnie, zamiast dobrze płatnego etatu wybrałam działalność artystyczną, przez co ledwo wiążę koniec z końcem i daleko mi do luksusów. Z Chomętowską łączy mnie miłość doWarszawy, do miasta w ogóle. Nie sadzę by udało nam się wspólnie pracować, ale może chodziłybyśmy razem na spacery?

Jak wyglądała praca z archiwum Zofii Chomętowskiej, sama wybrałaś zdjęcia, które możemy teraz oglądać w różnych miejscach Warszawy?

Karolina Lewandowska z Fundacji Archeologia Fotografii, zaprosiła mnie do projektu „Żywe archiwa“, w ramach którego współcześni artyści pracują z dorobkiem klasyków fotografii. Dostałam do obejrzenia tysiące skanów zdjęć Zofii Chomętowskiej. Wszystkie kompletnie przemieszane, pozbawione kontekstu i chronologii, co wynikało z tego, że sama fotografka tak je przechowywała – w formie negatywów pociętych na pojedyncze klatki. To w rezultacie zdecydowało o charakterze mojego projektu. Postanowiłam te reporterskie zdjęcia, które przedstawiają konkretne osoby w konkretnym miejscu i czasie uwolnić od ich pierwotnej treści i poprzez umieszczenie ich w zmienionym kontekście, nadać im nowe znaczenia. Chomętowska dużo fotografowała Warszawę. Zrobiła między innymi całą serię zdjęć powojennych ruin i odbudowy miasta. Większość tych zdjęć wykonywała na zamówienie, pokazywano je później na propagandowej wystawie „Warszawa oskarża“. Oglądając jej prace natrafiłam na skany zeszytów, do których wklejała wszystkie zdjęcia dokładnie je opisując. Poruszyła mnie czułość z jaką realizowała te prace. Uznałam, że powinnam dać szansę twórczości Chomętowskiej, by jeszcze raz wypowiedzieć się na temat Warszawy. „Fotografia korekcyjna” to rodzaj komentarza do współczesnego miasta.

Uciekający nagi mężczyzna, kobieta obmywana po kąpieli błotnej w sanatorium, człowiek nad talerzem zupy w barze m.in. te fotografie Chomętowskiej umieściłaś w różnych punktach stolicy, nad Wisłą, w modnej kawiarni, na dworcu. Jakiej spodziewasz się reakcji ludzi?

Mam nadzieję, że przypomnienie zdjęć Chomętowskiej wywoła w przechodniach tęsknotę za tym, czego dzisiaj w mieście nie mamy; że wzbudzę nimi refleksję o naszych najprostszych potrzebach, o których zapominamy przyzwyczajeni już do tego, że miasto ich nie spełnia. Fotografia nagiego mężczyzny, którą umieściłam na ulicy Oboźnej może na przykład stać się pretekstem do rozmowy o mieście, które stało się miejscem zakazów. Chciałabym, żeby miasto dawało mi wolność. I nie chodzi mi tutaj o to, że chcę biegać nago po Śródmieściu. Pragnę móc usiąść na kocyku w każdym parku bez obawy, że zaraz wygoni mnie straż miejska, albo móc z ulicy Gagarina jeździć do centrum na rowerze przez zielone i pachnące Łazienki, zamiast podróżować wśród spalin, blisko zakorkowanych ulic.

Podobnie z zabawą w fontannach miejskich, znajomi z dziećmi żałują, że nie można się w nich bezkarnie bawić.

To prawda. Człowiek potrzebuje kontaktu z wodą. Na całym świecie mieszkańcom dużych miast służą do tego fontanny, w których jest czysta woda i do których można wchodzić, jeśli tylko ma się na to ochotę. Warszawiacy nie mogą zanużyć się w fontannie, nie mogą kąpać się w Wiśle, nawet możliwość dojścia do Wisły tylko po to, żeby na nią popatrzeć mają ograniczoną. Dlatego w okolicy klubu „Cud nad Wisłą“ umieściłam fotografię Chomętowskiej, przedstawiającą mężczyznę pijącego wodę z rzeki. To symboliczne zdjęcie, którym chciałam przypomnieć o naszej naturalnej potrzebie obcowania z wodą.

Jaką tęsknotę mogłaby wzbudzić fotografia mężczyzny nad miską zupy, którą przypominasz w kawiarni Chłodna 25?

Tęsknotę za tanim jedzeniem. Rozmawiałam dzisiaj z pewną emerytką, która cieszyła się, że mamy w Warszawie tak dużo nowych lokali z przyjemnymi ogródkami, gdzie można coś zjeść, ale przyznała, że są dla niej za drogie, by mogła bywać w nich z koleżankami, bo zwyczajnie ich na to nie stać. Znikają bary z prostym, niedrogim jedzeniem, a my tracimy przez to możliwość spotykania się z przyjaciółmi na spontanicznym obiedzie.

Chomętowskiej nie spodobałoby się współczesne miasto?

Nie mam pojęcia, kim Chomętowska byłaby dzisiaj i co by myślała. Może chodziłaby do drogich restauracji i ubierała się w jednym z eleganckich butików przy Mokotowskej? A może byłaby fotoreporterką Gazety Wyborczej, nosiła spodnie bojówki i na obiad jadła co najwyżej kababa przy Bajce? Tak czy inaczej pewnie lubiłaby swoją Warszawę, jakakolwiek by ona nie była.

Jedną z fotografii Zofii Chomętowskiej można umawiając się wcześniej telefonicznie obejrzeć w Twoim mieszkaniu.

Tak, to fotografia podobna do tej przedstawiającej mężczyznę jedzącego zupę. W moim niewielkim salonie, będącym równocześnie sypialnią, kuchnią i pracownią, powiesiłam fotografię kilku osób siedzących przy stole, spożywających prosty posiłek. Wbrew pozorom nie jest to osobista część projektu. Jestem trzydziestokilkulatką jakich wiele. Mam ogromny kredyt na mieszkanie, który będę spłacać do końca życia, bardzo dużo pracuję i niewiele
zarabiam. Posiłek na zdjęciu w opozycji do braku środków do życia, ma zwracać uwagę na niewłaściwą politykę mieszkaniową naszego miasta. Kłopoty finansowe, które ma wiele osób podobnych do mnie są czymś, o czym wszyscy wiemy, ale rzadko mówimy szczegółowo. Uważam, że to musi się zmienić, to nie może być temat tabu. Mam nadzieję, że fotografia w mojej pracowni stanie się świadkiem rozmów o tym, prowadzonych przy okrągłym stole, który pamięta czasy Chomętowskiej.



16:33, cwiczeniazpatrzenia , galeria
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Zdjęcia z odzysku czyli kto dziś widzi więcej

8,799661 Suns From Flickr (Partial) 3/8/11, fot. Penelope Umbrico /Courtesy of the artist /Copyright Rencontres Arles


„Teraz my występujemy w roli wydawców. Wszyscy przetwarzamy, wycinamy, miksujemy, przesyłamy. Możemy tworzyć obrazy na wiele sposobów. Wszystko czego potrzebujemy to jedynie: oczy, rozum, aparat fotograficzny, telefon, laptop, skaner i punkt widzenia. Kiedy nie edytujemy, tworzymy.Tworzymy więcej, niż kiedykolwiek przedtem, ponieważ nasze źródła są nieograniczone a możliwości nieskończone. Mamy internet pełen inspiracji: głębi, piękna, niepokoju, absurdu, banału, żargonu i intymności. Mamy niepozorne aparaty, rejestrujące najjaśniejsze światło i najciemniejszą ciemność. Potencjał technologiczny pobudza kreatywność. Zmienia też nasze myślenie o tworzeniu, przypominjącym zabawę, opartą na zamianie starego w nowe i uszlachetnianiu tego, co pospolite. Dzieło z przeszłością wygląda jak współczesne.Chcemy nadać takiej twórczości nowy status. Od teraz wszystko będzie już inne...“ – oświadczyło pięciu kuratorów w manifeście towarzyszącym jednej z najciekawszych i najczęściej krytykowanych wystaw „From here on..", prezentowanej podczas trwającego do 17 września festiwalu fotografii we francuskim Arles.
Po blisko dekadzie od powstania Google Images, siedem lat po udostępnieniu Google Maps i Flickera każdego dnia w przestrzeni wirtualnej pojawia się tysiące nowych fotografii. To głównie zdjęcia rodzinne, z wakacji, imprez, te najbardziej banalne i  absurdalne, intymne, udane i nieudane, amatorskie, w tym takie, których nie powstydziłby się żaden współczesny artysta, pojedyncze oraz złożone z kilku i kilkudziesięciu innych, podpisane nazwiskiem autora, ale też anonimowe, bezpańsko plątające się w sieci, przywłaszczone przez innych, zmanipulowane w photoshopie, skadrowane, pocięte. Można je oglądać bez końca, Internet to przecież jedna wielka galeria fotografii.
Czy kogoś, kto zbiera "fotki z netu", można nazywać artystą? Co z prawem autorskim, wykorzystywaniem fragmentów zdjęć innych do tworzenia nowych fotografii, kopiowaniem cudzych pomysłów? Jak dygitalizacja i dostępność fotografii wpływa na jej jakość i treść? Czy jeszcze warto dzielić autorów zdjęć na amatorów i profesjonalistów? Co się stanie z fotografią, którą nie wychodząc z domu, potrafi dziś zrobić i opublikować każdy? Na te i podobne pytania szukali odpowiedzi kuratorzy pokazywanej na festiwalu fotografii w Arles wystawy "From here on...": Clément Chéroux, historyk fotografii i kurator paryskiego Centre Pompidou; Martin Parr fotograf słynnej agencji „Magnum“; Eric Kessels – dyrektor kreatywny agencji KesselsKramer oraz wydawca albumów fotograficznych; Joan Fontcuberta, artysta konceptualny, pisarz i wykładowca; Joachim Schmid, artysta od dwóch dekad zajmujący się fotografią znalezioną m.in. w Internecie.

NATO Storage Annex, Coevorden, fot. Mishka Henner /Courtesy of the artist/Copyright Rencontres Arles


Na wystawie można obejrzeć prace 36 artystów. Wiele z nich to wydobyte z sieci cykle fotografii o podobnej tematyce. - Jaki sens ma robienie kolejnej fotografii zachodu słońca, skoro jedno kliknięcie myszki daje nam dostęp do miliona takich zdjęć w internecie - pyta Amerykanka Penelope Umbrico prezentująca ogromną fotografię - patchwork złożony z niezliczonych zdjęć zachodów słońca. Corinne Vionnet ze Szwajcarii zgromadziła zdjęcia amatorskie opublikowane w Google'u i na Flickerze, przedstawiające popularne miejsca turystyczne na świecie. Artystka zauważyła, że większość z nas fotografuje tak samo, wybieramy podobny, centralny kadr, na tej samej wysokości komponujemy linię horyzontu. 200-300 zdjęć m.in. wieży Eiffel'a, placu Czerwonego czy Koloseum nałożyła na siebie, tworząc efektowne, wielkoformatowe kolaże.

Photo Opportunities, fot. Corinne Vionnet /Courtesy of the artist/Copyright Rencontres Arles

Określający się mianem "fotografa fotelowego" Szwajcar Kurt Caviezel wyszukuje zdjęcia wykonane przez kamery internetowe. Swoją absurdalną kolekcję podzielił na dwie kategorie, "insekten" to zdjęcia, na których w kadrze pojawiają się owady oraz "vogel", na których część kadru zasłania ogon ptaka. Pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi na beznamiętne, rzetelnie wykonane panoramy miast uchwycone przez kamery internetowe, gdyby nie ich niedoskonałość, zakłócenie, które intryguje Caviezela. Serię cieszącą się nieustannym zainteresowaniem widzów stworzył holenderski fotoedytor Frank Schallmaier, który pozbierał w sieci zdjęcia penisów, których właściciele, dla podkreślenia skali, fotografowali je m.in. z paczką papierosów, telefonem komórkowym, puszką po piwie czy patyczkiem do czyszczenia uszu.
Kilku autorów poruszyło w swoich projektach kwestię percepcji fotografii w dobie cyfryzacji obrazu. Hermann Zschiegner z Niemiec zwrócił uwagę na jakość zdjęć, z którymi na co dzień spotyka się przeciętny użytkownik Google‘a. Tę samą fotografię Walkera Evansa, słynny portret Allie Mae Burroughs, której twarz stała się symbolem amerykańskiej Wielkiej Depresji, pokazał na 26 wydrukach, z któryh część stanowiły reprodukcje zdjęcia Evansa, a pozostałe to poddane modyfikacjom kopie tej fotografii autorstwa Sherrie Levine, artystki znanej z używania prac innych. Wśród dobrej jakości skanów Evansa znalazły się rozpikselowane, nieostre obrazy Levine, które obejrzy w sieci internauta nie zawsze zorientowany np. w historii sztuki. Który obraz zostanie mu w pamięci jako oryginał? – zastanawia się Zschiegner.

Nancy Bean z aparatem, fot. Christian Allen /Courtesy of the artist/ Copyright Rencontres Arles


Nowe technologie to przede wszystkim nowe możliwości - podkreślają twórcy wystawy. Brytyjka Christian Allen wyposażyła w aparat fotograficzny swojego kota - Nancy Bean, który obfotografował najbardziej niedostępne dla swojej właścicielki okolice Plymouth. Jon Rafman z Kanady wykonał screenshoty z filmów realizowanych przez kamery uliczne Google'a, dokumentując życie prostytutek na ulicach Włoch i Hiszpanii. Seria oparta na identycznym pomyśle co cykl Rafmana została wyróżniona w tegorocznej edycji prestiżowego konkursu World Press Photo. W profesjonalnym świecie fotografii odebrano ją jako sygnał, że coraz częściej liczy się dziś forma zdjęć oraz jej temat niż jej jakość czy sposób wykonania.

Valassa, Rho, Lombardy, Italia, Google street view, fot. Jon Rafman / Courtesy of the artist / Copyright Rencontres Arles


Wystawa "From here on..." reklamowana jest jako opowieść o współczesnym świecie opowiedziana przez zwykłych ludzi, nie artystów, pisarzy, reżyserów czy dziennikarzy. - Nie twierdzimy, że odkryliśmy coś nowego, ale te fotografie to znak naszych czasów, efekt eksploracji nowych mediów - mówi Erick Kessels, jeden z kuratorów. - To nic, że ich oczy nie są pierwszymi, które realizują zobaczone obrazy, a ich prace to efekt oglądactwa, miksowania, multiplikowania, kopiowania i kolekcjonowania zdjęć, których autorem był ktoś inny. Chcieliśmy docenić kreatywność użytkowników sieci zafascynowanych cyfrowymi obrazami - dodaje Clément Chéroux, przypominając o zbliżającej się setnej rocznicy powstania idei "ready made" Marcela Duchampa, która podobnie jak dziś internet stała się inspiracją dla kolejnych pokoleń artystów. Analizując projekty oparte na zdjęciach zebranych w sieci mogłoby się wydawać, że w dobie fotografii cyfrowej i ogromnej popularności portali społecznościowych tyle o sobie wiemy, ile pokażemy i znajdziemy w internecie. Na szczęście wciąż powstają fotografie, które można zrobić tylko po opuszczeniu wygodnego fotela, w trakcie spojrzenia drugiej osobie prosto w oczy albo postawieniu stóp na piasku w najbardziej kiczowatych okolicznościach przyrody.

Dla tych, którzy chcieliby zobaczyć w Arles coś więcej niż zdjęcia, które na co dzień oglądają w sieci, czeka mnóstwo ciekawych wystaw, w tym m.in. sprowadzona z Nowego Jorku "Mexican Suitcase" z odkrytymi fotografiami wojennymi Roberta Capy, Gerdy Taro i Chima (Davida Seymoura) czy pokazywana w ramach prezentacji fotografii meksykańskiej seria zdjęć Enrique Metinidesa "101 tragedies", nazywanego meksykańskim Weegem, który jak jego amerykański kolega namiętnie dokumentował wypadki, katastrofy, samobójstwa i inne drastyczne sceny uliczne. Warto też zajrzeć na ogromną wystawę zdjęć publikowanych w "The New York Times Magazine" od początku powstania pisma.




12:09, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37