świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
środa, 27 marca 2013
BZ WBK Press Foto bez Zdjęcia Roku

Zdjęcie Roku BZ WBK Press Foto, fot. Andrzej Grygiel

Mija tydzień od ogłoszenia wyników BZ WBK Press Foto, jednego z dwóch prestiżowych konkursów fotografii prasowej w Polsce, a nie trafiłam na żaden komentarz dotyczący nagrodzonych zdjęć. Lista laureatów ogłoszona, zalajkowana, podlinkowana i po temacie, świat pędzi dalej. Tymczasem kilka spraw nie daje mi spokoju.

Zacznę od Zdjęcia Roku autorstwa Andrzeja Grygla z Polskiej Agencji Prasowej, przedstawiającego pacjentów Oddziału Kardiologii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 5 im. Św. Barbary w Sosnowcu, cieszących się z bramki strzelonej przez Polaków w meczu z Grecją podczas EURO 2012. Fotografia ta, mimo że rzetelna i być może oddająca atmosferę najważniejszego wydarzenia ubiegłego roku w Polsce, niestety nie zasługuje na tytuł Zdjęcia Roku. Wyróżnione zdjęcie Andrzeja Grygla jest jednowymiarowe, wystarczy na nie raz spojrzeć, żeby je odczytać, na próżno doszukiwać się w nim czegoś wyjątkowego, ponadczasowego, światła, anegdoty, symboliki. To zdjęcie, o którym łatwo po chwili zapomnieć, a dłuższa lektura skłania do negatywnej refleksji, dotyczącej choćby tego, czego na fotografii Grygla zabrakło, by w ogóle brać ją pod uwagę jako kandydata na zwycięzcę konkursu. 

- Zaczynało się Euro 2012, a ja próbowałem znaleźć mniej typowych kibiców. Zwłaszcza że na Śląsku nie odbywał się żaden z meczów. Co prawda były strefy kibica, ale dokładnie takie same jak wszędzie i pomyślałem wtedy o szpitalu, gdzie również kibicują. To był oddział kardiologii w Szpitalu im. św. Barbary w Sosnowcu. Podjechałem w czasie meczu otwarcia Polska–Grecja i krążyłem po dwóch salach bez większych nadziei na to,że uda mi się uchwycić gola. Nawet nie wyobrażałem sobie, że padnie z naszej strony bramka. To był kompletny przypadek.-wspomina fotoreporter.

W tym miejscu warto zapytać: Nagradzamy intencje czy efekt? Bo pomysł na zdjęcie owszem był, bieganie fotografa między salami - godne podziwu, wyczekiwanie na decydujący moment - szlachetne. I tu koniec zachwytów. Parafrazując zaś mowę policjanta zwracającego się do jednego z bohaterów kultowego "Misia" powiem tak: A gdyby tam jeszcze na przykład rozentuzjazmowana pacjentka Oddziału Kardiologii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 5 im. Św. Barbary podskakiwała pomimo uszczerbków na zdrowiu albo choć bardziej niż czerstwa pielęgniarka chochlą krupnik nalewała, o samolocie, ba, balonie z napisem Euro 2013 w oknie nie wspominając, czy innym stadzie żurawi nie śniąc najśmielej nawet…

No cóż, być może rozmawialibyśmy wtedy o Zdjęciu Roku, a tak piszę o fotografii, którą jury BZ WBK nagrodziło, mam wrażenie, z braku innej, dotyczącej Euro 2013, uznanego za jedyne wydarzenie godne uwagi w kontekście konkursu.

Trudno wskazać mi inną fotografię wśród pozostałych 170 wyróżnionych, która udźwignęłaby tytuł Zdjęcia Roku. Nie byłam na rozdaniu nagród, a na stronie internetowej konkursu, można obejrzeć tylko 21 zdjęć. Rozumiem, że chodzi o to, żeby zdjęcia się nie opatrzyły zanim będzie je można obejrzeć na wystawach w całym kraju, jednak ciekawe dlaczego nie obawiają się tego organizatorzy World Press Photo czy POY publikując w internecie wszystkie nagrodzone prace?

1 miejsce w kategorii przyroda za zdjęcie pojedyncze, fot. Bartek Wrześniowski

Żeby jednak nie kończyć pesymistycznie. Moją uwagę zwróciła fotografia freelancera Bartka Wrześniowskiego, przedstawiająca pierwsze karmienie Matyldy na oddziale intensywnej terapii w szpitalu w Dusseldorfie, trzy godziny po porodzie, wykonana 19 maja 2012 r. Zdjęcie, na którym możemy podziwiać żonę i córkę autora w sali wypełnionej specjalistycznym sprzętem medycznym jest wyjątkowe, wzruszające, wręcz malarskie. Zastanawia mnie tylko i martwi jedno, dlaczego zostało ono nagrodzone w kategorii "Przyroda"? Zapewne wiele młodych matek pospieszy z wyjaśnieniem, że bywały sytuacje, kiedy karmiąc w miejscu publicznym czuły się jak "zjawisko". Uznajmy jednak, że były to sporadyczne przypadki, nie norma. 

Jedną z cech członków jury konkursów fotograficznych, obok rzecz jasna inteligencji, powinno być niewątpliwie poczucie humoru, ale bez przesady. Chcę więc wierzyć, że jury BZ WBK Press Foto karmienia piersią nie zalicza do zjawisk przyrodniczych typu burza, powódź czy spożywanie posiłku przez egzotyczne zwierzęta w zoo, co zazwyczaj podziwiamy na pięknych zdjęciach wyróżnianych w kategorii "przyroda". Że to tylko pomyłka?

23:38, cwiczeniazpatrzenia , ale klata
Link Komentarze (7) »
wtorek, 19 marca 2013
Wśród swoich zdjęć jestem sam

Krzysztof Miller 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego

"Choćbym nie wiem jak się starał, pamięci nie da się prosto ogarnąć. Uporządkować. Opanować. Ona żyje we mnie i ściga mnie. A ja ścigam ją, żeby przestała mnie ścigać."- napisał w swojej książce pt. "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" Krzysztof Miller. Bohaterką tej książki jest pamięć. A dokładnie pamięć, której by nie było, gdyby nie fotografia, setki tysięcy fotografii, które zrobił i których z różnych powodów nie udało mu się zrobić, opublikowanych, ale przede wszystkim tych, które przechowuje w archiwum. Na moment, na 1/125, 1/250 , 1/500 sekundy obrazy najważniejszych konfliktów XX wieku, których Miller był świadkiem, pojawiają przed naszymi oczami. Ścigamy je razem z ich autorem, ale bezboleśnie, z boku, jak podczas przeglądania rano gazet. Może dlatego, że książkę Millera czyta się momentami jak powieść przygodową, ot wspomnienia faceta, który od 25 lat buja się po świecie z aparatem fotograficznym, to i rusz pakując się w historie na krawędzi życia i śmierci. Akcja jest wartka, błyskotliwie podana, aż się prosi o wydanie w postaci audiobooka. To jednak uczucie złudne, okazuje się, że historia Millera "pracuje", że w którymś momencie przestajemy ją "łykać" i zachłanność, z którą się do niej dobraliśmy nagle przechodzi, że zaczynamy ją sobie dawkować. Obrazy przestają migotać, zostają w głowie, bo Miller stawia za nimi słowa, zdania, opisy, obok których nie da się już przejść obojętnie. Trudno je odkliknąć, jak w gazecie przewrócić stronę, spojrzeć na reklamę. Zaczynamy się bujać w rytmie historii fotoreportera, który jak przyznał we wstępie do książki „historia jego życia to historia ciągłego bujania się”, że „buja się, by zatrzymać się w życiu na ułamek sekundy”, by się otworzyć na rozkminienie, zrozumienie. 

 Podobno dobre zdjęcie jest warte 1000 słów. Zastanawiam się, na ile ta często powtarzana w kontekście fotografii prasowej opinia, jest aktualna. Jej sens zniszczyła masa fotografii zalewająca nas każdego dnia, większość z nich nie warta jest choćby jednego słowa, nawet machnięcia ręką. Fotografie Krzyśka Millera warte są setek tysięcy zdań. Wierzę, że ktoś, kto przeczyta tę książkę, zachęcony wspomnieniami fotoreportera, zechce je kontynuować, że pokaże też same zdjęcia, których w "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" jest niewiele. Choć to nie zarzut, wiadomo że to nie album fotograficzny, który może ktoś nareszcie wyda. 

W przypadku Millera staje się jasne, że fotografia jest tylko pretekstem. Do poznania życia z bliska, dotknięcia go, poczucia każdym zmysłem. Dziś, gdy za moment wielu uwierzy w to, że możemy przeżyć swoje życie nie wychodząc z domu, świadectwo fotoreportera ma szczególną wartość, ale też cenę. O skutkach pracy fotoreportera wojennego Krzysztof Miller wspominał już w wielu wywiadach, w książce pisze jeszcze o czymś równie ważnym:  

"Fotoreporter, nawet jeśli pracuje w grupie, działa sam. Zdany tylko na siebie. Sam z historią, która przed nim się dzieje i staje się jego informacją, jego przesłaniem. Sam z obrazem, który jego oko widzi. Sam ze swoimi myślami i wyobrażeniem o tym, co zaraz się stanie. Sam, choćby robił zdjęcia w grupie kilkunastu stojących ramię w ramię z nim kolegów fotoreporterów. Sam, choćby dziennikarz, z którym przyjechał, trzymał go za ramię. Bo chce być sam. Bo inaczej nie może. Bo tak naprawdę pragnie sfotografować coś innego niż inni. Bo inni to konkurencja. Więc w każdej grupie i z każdym zdjęciem każdy fotoreporter zawsze będzie sam. Sam, gdy sfotografuje, i sam, gdy wróci do domu. Sam z pamięcią i sam z myślami. Bojowcy w oddziałach peszmergów, fedainów, mudżahedinów – wszystko jedno jak się nazywają – sami nigdy nie są. Oni walczą o swoją słuszną/niesłuszną sprawę – gdy my, fotografowie, walczymy o świadectwo. Niektórzy też o swoją sławę. Nie jest to walka prosta. Pchamy się tam, gdzie nie tylko wióry lecą, więc bywa, że i na nas. Ludziach z fotograficznym czy filmowym sprzętem. Skupia się agresja, strach, gniew, chęć odwetu zranionych w swoich prawach i marzeniach ludzi. A my, jakkolwiek bardzo byśmy chcieli się wtopić w tłum, do końca nigdy się w niego nie wtopimy. Nie zakamuflujemy się w nim. Nie skryjemy. Zawsze będziemy inni. I to jest trudnota naszego fachu. Minimalizowana przez nas, jak tylko umiemy, czujemy, potrafimy. Ale zawsze trudnota. Wśród swoich zdjęć jestem sam."

"13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" nie jest lekturą dla początkujących fotoreporterów. Na próżno szukać tu rad dotyczących sprzętu, podejścia do tematu, sposobu edycji itd. Między wierszami można jednak znaleźć pewne wskazówki, choćby taką:

"Dziennikarką i fotografią, jak pociskami, zdecydowanie rządzi przypadek. Ale fotografią bardziej. Jeśli dziennikarz jest przygotowany, z miejsca, do którego się wybrał, napisze dobry tekst nawet na podstawie kawałków informacji. Fragmentów rozmów. Depesz. Nie musi się pchać na pierwszą linię frontu. A jeśli jest dobrym dziennikarzem, to bardzo dobrze napisze. Fotograf, żeby zrobić zdjęcie o tym, o czym dziennikarz pisze, musi się znaleźć na miejscu. Jakkolwiek wspaniale przygotowywałby się do wyjazdu, wyjazd i tak go zweryfikuje. Czy dojechał i zobaczył? Czy miał szczęście? Czy we właściwym momencie nacisnął migawkę? Czy sfotografował? Nie za późno ani nie za wcześnie. We właściwym momencie. Ale jak ocenić, że to właśnie ten właściwy moment? Można czekać dniami i tygodniami i nic. A czasem po prostu wpada się na zdjęcia. Tak to już jest. Na pewno spóźniałem się w różne miejsca albo byłem w nich za wcześnie. OK, to jest wpisane w mój zawód. Ale największym, najgorszym grzechem fotografa jest grzech zaniechania. Odpuszczenia, odejścia, olania tematu. Nicnierobienia. Lenistwa. Jeżeli mój grzech zaniedbania wynika z oddechu, z resetowania mózgu, przefiltrowania myśli. To też wszystko OK. Czasami muszę sobie na to pozwolić. Znacznie gorzej, zawodowo najgorzej, jest wtedy, kiedy jestem. Widzę. I nie podnoszę do oka aparatu. Nie naciskam, bo mi się nie chce. To jest prawdziwy grzech. Czasami jest tak – przynajmniej ja tak miałem – że gdzieś szedłem, jechałem, miałem albo nie miałem coś sfotografować. I po drodze widziałem inną historię. Ale migawki nie nacisnąłem, bo pomyślałem: zrobię to w drodze powrotnej. A w drodze powrotnej tej historii już nie było. I ją straciłem. Nikt mnie za tę stratę nie oceni. Nie zgani, nie zruga. Bo nie będzie

wiedział, co po drodze widziałem. Jakiej historii nie zatrzymałem. Ale ja będę wiedział. Więc samodyscyplina. Iber ales."

Niezapisane nie istnieje, powtarzają po sobie pisarze. A niesfotografowane? Zostaje w głowie, kołacze się, śni, trzeba się z tym bujać. Bez kropki.

Krzysztof Miller, 2002 r., fot. Łukasz Sokół