świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
sobota, 20 września 2008
Koniec drogi

fot. Pan Mąż

Kiedy 6 tygodni temu lądowałam w australijskim Brisbane, szef lotu powitał podróżnych tak:
Panie i Panowie, witam w pięknym i słonecznym Brisbane. Enjoy your stay! ( nie znajduję odpowiednika w jez.polskim). Nie ważne że Brisbane to miasto przemysłowe, raczej nudne i że spędziłam w nim nie więcej niż 3 godziny, z czego jedną pod prysznicem wpatrując się w odpływ, sprawdzając czy w Australii woda rzeczywiście spływa w przeciwną niż na naszej półkuli stronę.
Gdy dziś rano wylądowałam w Warszawie, szef załogi jasno postawił sprawę wyznając: Panie i Panowie za chwilę lądujemy w Warszawie. Pada deszcz. Życzę miłego weekendu.
Nie miałam wątpliwości, że znalazłam się na miejscu. Wysiadając z samolotu dowiedziałam się, że gdzieś zawieruszył się mój bagaż, wszystkie trzy walizki. W drodze do domu stwierdziłam, że jest zimno i że raczej nie założę już w tym sezonie ulubionych sandałków, które nie zmieściły się do walizki podręcznej i krążą teraz po jakiś europejskich lotniskach, których pracownicy nie są w nastroju do żartów.
Leje, jest zimno, dziewczęta wyciągnęły z szaf botki i smutne, czarne płaszczyki, a w sklepie sprzedawca nawet nie odpowiedział na moje "dzień dobry".
I jak tu zaadoptować to niezobowiązujące australijskie pozdrowienie, które można tam usłyszeć na każdym kroku, nawet w pochmurny dzień: Enjoy yourself !?

23:24, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 września 2008
Nagie owce i strzelający kangur

Wizyta w Australii byłaby nieważna, gdyby nie udało nam się odwiedzić prawdziwej farmy. Po kilku dniach w stolicy, gdy właśnie zaczęłam tęsknić za bieganiem po Warszawie na wysokich obcasach, okazało się że mamy zaproszenie na górską farmę i że weźmiemy udział w strzyżeniu owiec. We wtorek tuż po śniadaniu pojechaliśmy na farmę niedaleko Adaminaby, 100 km za Canberrą, górską drogą. Tim i Ernie jak gdyby nigdy nic, w ciągu dwóch godzin ostrzygli przy nas pokaźne stadko owiec. Ernie, starszy z nich, w typie Ernesta Hemingwaya, w tzw. międzyczasie zdradzał nam tajniki zawodu i dopytywał o naszą podróż. Słuchaliśmy go z uwagą, choć na początku trudno było się skupić na tym co mówi. Poprzedniego dnia Marta, sąsiadka Erniego, opowiedziała nam zabawną historię. W 1961 r. Ernie, za sprawą rezolutnego kangura znalazł się na pierwszej stronie Daily Telegraph, ponieważ został postrzelony przez kangura! Wcześniej sam do niego strzelał, martwego zapakował na pakę samochodu, a kangur w ostatnich konwulsjach szarpnął łapą za spust i postrzelił Erniego w brzuch...Załączam kilka zdjęć ze strzyżenia, choć przyznam się, że z ciężkim sercem oglądałam całe wydarzenie i nie wiem kiedy założę na siebie jakiś wełniany pulowerek. Ernie powiedział mi że na jeden sweter potrzeba wełny z 5-6 owiec.

Tim w akcji.

Ma swoje sposoby na ujarzmienie owcy.

Na jeden pulower potrzeba wełny z 5-6 owiec.

Ernie segreguje wełnę.

Praca wre.

Raźniej było w kożuszku...

Przerwa. Chłopaki jadą na zasłużony lunch.

Który nie może się obejść bez polskiego piwa...

fot. Beata Łyżwa - Sokół

 

16:09, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 września 2008
Festiwal fotografii w Canberze

Cejlończyk, 1920 r., autor nieznany 

Międzynarodowy Festiwal Fotografii VIVID trwa w Canberze już od 11 lipca. Wiele wystaw można obejrzeć aż do 12 października, niektóre pojechały już do innych miast w Australii. W ostatni weekend odwiedziłam kilka galerii, część ekspozycji obejrzałam w internecie, o kilku autorach napiszę po powrocie z urlopu. Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa "Picture Paradise: Asia-Pacific photography 1840s - 1940s" w National Gallery of Australia, prezentująca blisko 400 fotografii z Australii, Nowej Zelandii, Indii, Sri Lanki, należących do kolekcjonerów z Europy, Ameryki i Australii. Na wystawie można było obejrzeć panoramę Sydney Holtermana i Baylissa z 1875 r. złożoną  z 23 paneli ,długą na ponad 10 metrów, wyjątkową kolekcję zdjęć Aborygenów autorstwa niemieckiego fotografa J.W.Lindta oraz przepiękne ambrotypie japońskich portrecistów.

Europejczyk ze swoją Indyjską służącą, dagerotyp z 1855r., fot. James Newland 

Port Moresby,1885 r., fot. J.W.Lindt 

Muzeum ściągnęło też na wystawę kilka perełek, miło było obejrzeć z bliska odbitki kolekcjonerskie Ansela Adamsa, Edwarda Westona, Edwarda Steichena czy Dorothea'y Lange, najdłużej zatrzymałam się jednak przy fotografii Julii Margaret Cameron (urodzonej w Kalkucie), portrecie tamilskich dziewcząt z 1876 r.

White angel breadline, San Francisco 1932 r., fot. Dorothea Lange 

Portret tamilskich dziewcząt, Kalkuta 1876 r., fot. Julia M.Cameron 

Kuratorzy wystawy wykonali ogromną pracę, "Picture Paradise" ogląda się z przyjemnością, przy okazji można poznać historię fotografii ( świetna prezentacja pierwszych technik fotograficznych, oglądanie starych fotografii przy pomocy steroskopu, film o historii fotografii), obejrzeć piękne wydania albumów i publikacje.


Frajdę sprawiła mi wizyta w na wydziale fotografii The Australian National University School of Art, gdzie Nowozelandczyk Lloyd Godman zaprezentował ciekawą instalację "Carbon Obscura" czyli ekologiczną wersję camery obscury. TU film na temat projektu, a poniżej ja w samym środku camery Lloyd'a, którą oczywiście musiałam przetestować.

fot. Pan Mąż 

 Showcase Gallery pokazała najlepsze zdjęcia ACPM ( Australian Commercial and Media Photographers) z ostatnich 10 lat. Mam wrażenie, że poziom polskiej fotografii komercyjnej jest nieco wyższy, chyba nie zapamiętałam z tej wystawy ani jednego zdjęcia, dlatego nie załączam fotografii.    
Oczywiście nie opuściłam uroczej wystawy w National Archives of Australia, prezentującej australijską modę uliczną z lat 60. i 70. Troszkę inaczej wyglądają dzieci kwiaty w Australii.

1968r., autor nieznany 

 

1974 r., autor nieznany 

 O innych autorach napiszę po powrocie do Polski.

03:31, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 września 2008
Galeria Bezdomna w Australii

fot. Pan Mąż 

Kiedy w 2002 r. byłam na otwarciu pierwszej Galerii Bezdomnej w Warszawie, w zabytkowej kamienicy przy ul. Złotej, przez myśl mi nawet nie przeszło, że 6 lat później kolejną edycję GB obejrzę w Canberze, stolicy Australii. Na szczęście życie sprawia nam od czasu do czasu niespodzianki. W ostatni piątek odwiedziłam Galerię Bezdomną w Muzeum Kolejnictwa w Canberze. Kameralną tym razem wystawę zdjęć autorów z całego świata można było oglądać w zabytkowych wagonach. GB odbywa się w ramach Międzynarodowego Festiwalu Fotografii VIVID, o którym wkrótce napiszę.

Galeria Bezdomna w Muzeum Kolejnictwa w Canberze, fot. Pan Mąż 

 

14:46, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Dodaj komentarz »
Lot nad słonym jeziorem

A to taki żart czyli Łyżwa - Sokół w locie nad Hart Lake, słonym jeziorem po drodze z Coober Pedy do Port Pirie.


fot. Pan Mąż

14:32, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 września 2008
Uluru spadła z Marsa

Niewielu turystów interesuje Uluru poza "godzinami pracy" czyli między wschodem i zachodem słońca. Zdecydowaliśmy się na wyprawę wokół tej magicznej góry, szlakiem mierzącym blisko 10 km. Ayers Rock, świętą górę Aborygenów można fotografować tylko w kilku miejscach. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale trochę przypomina ona  Marsa. Może Uluru to jego młodsza kuzynka?


fot. Beata Łyżwa - Sokół 

13:18, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Komentarze (2) »
Uluru – fotograficzny obłęd o wschodzie słońca

Nikomu kto poważnie zajmuje się fotografią nie trzeba specjalnie tłumaczyć wyższości robienia zdjęć o zachodzie słońca nad tymi robionymi o wschodzie. Poważnemu fotografowi do głowy by nie przyszło, żeby zrywać się w środku nocy, jechać pod mierzącą zaledwie 318 metrów górę żeby zrobić jej zdjęcie o 7 rano, kiedy jeszcze jest czarna, pięć minut później, gdy zaczyna się robić pomarańczowa i potem kiedy pierwsze promienie słońca ogrzewają ją do barwy świeżego soku marchwiowego Kubuś. Przecież to zupełnie bez sensu. O tej porze poważny fotoreporter popija poranne espresso, zajada croissanta i czeka na poważne telefony od poważnych fotoedytorów z poważnych magazynów. Wschód słońca pod Uluru zgromadził tłumy. Grupa włoskich turystów piła już kolejne cappuccino. Francuskie małżeństwo dobudzało fleszem dwójkę maluchów, które wcale nie chciały stać tyłem do góry i ładnie wyglądać na zdjęciu. Zawinięta w śpiwór Azjatka odpalała papieros za papierosem, mimo że inaczej niż wczoraj, dzisiejsze niebo było bezchmurne i nic nie wskazywało na to, że wschód słońca się nie odbędzie. Wysoki mężczyzna w czapce zajadał owsiankę, emeryt w dresie oparł się o znak z ograniczeniem prędkości do 20 km/h i zasnął. Z kolei uczestnicy wycieczki kolejno fotografowali się ze znakiem kangura na tle Uluru, jeden z chłopców zdjął nawet bokserki...W tzw. międzyczasie wzeszło słońce, co nie wszystkim udało się chyba sfotografować, ale mniejsza o to.
Moje zdjęcia nie oddają klimatu tego poranka, to zaledwie szkic, podrzucam temat fachowcom.

fot. Beata Łyżwa - Sokół 

13:03, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Dodaj komentarz »
Uluru – fotograficzny obłęd o zachodzie słońca

Uluru – fotograficzny obłęd o zachodzie słońca
- Ze wszystkich zdjęć egipskich piramid pamiętam tylko jedno, to zrobione przez Tomasza Tomaszewskiego, przez nogi wielbłąda – powiedział Pan Mąż, gdy wyjechaliśmy z Alice Springs. Właśnie łamiąc jedną z naszych podróżnych zasad zdecydowaliśmy się odwiedzić miejsce z pocztówki, Ayers Rock, serce Australii, świętą górę Aborygenów – Uluru. Mierząca zaledwie 318 metrów góra, odwiedzana co roku przez blisko 400 tys. turystów ( dane za przewodnikiem Pascala ), na wszystkich pocztówkach wygląda tak samo. Uluru, w zależności od upodobań fotografów, mniej lub bardziej zachwyconych możliwościami photoshopa, ma kolor krwistego steka albo marchewki, biskupi wpadający w fuksję, a nawet głębokiego kobaltu. Oglądając pocztówki z Uluru dręczyło mnie jedno pytanie, dlaczego wszyscy fotografują tę górę z dwóch stron – od wschodniej i zachodniej? Dopiero na miejscu dowiedziałam się, że aby robić zdjęcia Ayers Rock w celach komercyjnych trzeba mieć specjalne pozwolenie, poza tym na kilku jej ścianach znajdują się święte dla Aborygenów miejsca, których w ogóle nie wolno fotografować. Dla turystów chcących podziwiać i fotografować górę o wschodzie albo zachodzie słońca, wyznaczono specjalne miejsca parkingowe. Na zachód słońca pod Uluru ruszyliśmy obwieszeni aparatami, nie spodziewając się spotkać podobnych szaleńców, gdyż po drodze lało i grzmiało, a niebo było usłane burzowymi chmurami. Na parkingu zastaliśmy jednak tłum profesjonalistów, którzy podobnie jak my wiedzieli, że jeśli choć na chwilę zza tych granatowych chmur wychyli się słońce, wszyscy zrobią zdjęcia, których nie wymyśliłby nawet photoshop! Co oczywiście się stało. To skrócona wersja obłędu, którego sama stałam się ofiarą. Na szczęście Pan Mąż do końca zachował przytomność. Jego zdjęcie Uluru, widzianej z parkingu lubię najbardziej.

fot. Beata Łyżwa - Sokół 

fot. Beata Łyżwa - Sokół

fot. Łukasz Sokół 

fot. Łukasz Sokół

fot. Łukasz Sokół

To zapamiętam. fot. Łukasz Sokół 

12:50, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 września 2008
Płeć fotografii

Spór o to czy literatura ma płeć pozostał chyba nierozstrzygnięty. Na szczęście zanim pojawiłam się na świecie jedna z pań ustaliła, że kobietom twórczym przysługuje własny pokój. Dziś ten element wyposażenia wnętrza śmiało można proponować architektom planującym nasze domy, a dorośli panowie specjalnie przeciwko temu nie protestują... A co z fotografią? Nie pamiętam czy jakaś fotografka potrafi w tak efektowny sposób pokazać kobiecość fotografując top modelki jak Peter Lindberg. Albo czy któryś z fotografów tak dobrze opanował sztukę ośmielania ludzi, by namówić ich do udziału tak odważnych i szalonych sesjach jak Annie Leibovitz. Nie wiem, czy chcę się o to spierać. Ważniejsze od tego kto stoi za obiektywem są przecież dobre zdjęcia. Pod Devils Marbles, na drodze do Alice Spings, rozeszły się na chwilę fotograficzne ścieżki Pana Męża i moje. On fotografował przestrzeń, a ja drobiazgi. Ciekawe co by na to powiedział Pan Freud.

fot. Pan Sokół

fot.Pani Sokół

 

fot. Pan Sokół

fot. Pani Sokół

 

fot. Pan Sokół

fot. Pani Sokół 

15:19, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Komentarze (3) »
Nie sfotografowane nie istnieje

Malowidło aborygeńskie na skale w Parku Kakadu. fot. Łukasz Sokół 

Nie zapisane nie istnieje, napisała w jednej ze swoich książek Agata Tuszyńska. A nie sfotografowane? Często o tym myślę zwiedzając Krainę Nigdy Nigdy, zwaną też Australią. W Parku Kakadu oglądałam najstarsze malowidła aborygeńskie na skałach. Tłok był może mniejszy niż w Luwrze, ale syndrom japońskiego turysty, który zamiast oglądać woli fotografować i obejrzeć później, był ten sam. Może każdy z turystów chce własnoręcznie zaznaczyć swoją w tym miejscu obecność? Efekt nie ma znaczenia. Będąc w Paryżu próbowałam zrozumieć upór z jakim turyści fotografują uśmiech Mona Lisy, ukryty za pancerną szybą, zamiast kupić pożądną reprodukcję tego obrazu, oferowaną nawet w postaci puzzli. Malowidła aborygeńskie na skałach odgrodzone są od zwiedzających płotkiem. Mające nawet po 20 tys. lat dzieła sztuki można oglądać z odległości kilku metrów. Wydają się mniej oczywiste niż wspomniany uśmiech w paryskim muzeum, trudniejszy jest chyba język, którym posługiwali się ich autorzy, bliższy epice snów niż jawy. Czy fotografowanie malowideł aborygeńskich pomaga je zrozumieć?


Tu przypomina mi się historia z liceum. Mój profesor matematyki wywołując nas na początku lekcji do odpowiedzi sprawdzał nasze notatki z poprzednich zajęć, na których wyprowadzał na tablicy kolejne ważne prawa i wzory. Nie raz w moim zeszycie znalazła się czerwona jedynka z adnotacją – Fotografowanie tablicy! Co oznaczało, że przepisałam wzór z tablicy, ale nie umiałam z niego skorzystać rozwiązując zadanie.

Czy z fotografowaniem malowideł i uśmiechów jest podobnie? Kto po wyjściu z Luwru potrafi powiedzieć, jaki jest właściwie uśmiech Giocondy? Ładny czy szczery, tajemniczy czy zalotny, prześmiewczy czy podszyty drwiną? Uśmiechają się też oczy Mona Lisy? Czy w kącikach nie pojawiają się kurze łapki? Śmieje się cała twarz czy tylko usta, może radość zdradza też ułożenie całego ciała, ramion, czy to jest uśmiech powściągliwy, dostojny czy prawie niewidoczny? Jaką kreską namalowane są postacie ludzkie i zwierzęta na skałach w Parku Kakadu? Malował je dorosły czy dziecko? Ile farb zostało zużytych, ile odcieni czerwieni, a ile żółci i beli. Sen był inspiracją czy jawa, która się komuś przyśniła?
Czy widzieć, oglądać coś znaczy tyle co wiedzieć? Czy zawsze trzeba wiedzieć na co się patrzy, żeby to zrozumieć, zobaczyć? Może przefotografowywanie dzieł sztuki ma jedynie poświadczyć naszą z nimi obecność? Nie sfotografowane nie istnieje?
Ciągle tego nie wiem. 

15:08, cwiczeniazpatrzenia , aussi
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2