świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
wtorek, 15 kwietnia 2008
Jak zlikwidować korki nad Wisłą

Powrót do cywilizacji jest trudny, może być też traumatyczny. Pan Mąż chcąc oderwać mnie na chwilkę od bardzo istotnych spraw bieżących, porwał mnie na działkę rekreacyjną nad Narwią. Podobno przyssałam się ostatnio do komputera, Pan Mąż postanowił to zmienić. Pomyślałam nie jest to pomysł zły, trzeba oswoić organizm z wiosną. Oczywiście zabrałam tonę niezbędnych rzeczy - 7 książek ( wszystkie zaczęte), prasę rosnąca jak wyrzut sumienia od 3 lat zalegającą przy lampce nocnej (w tym kilka numerów Tygodnika Powszechnego sprzed zmiany makiety), 3 pary tenisówek ( nie wiedziałam które będą pasować do plecaka), sukienkę bez pleców (gdybyśmy jednak postanowili gdzieś wyjść), kilka sztuk mięsa, którym spokojnie można by wyżywić pułk wojska i Babcię - skarbnicę dykteryjek....Zapowiadało się na przygodę intelektualną, a skończyło się na otwarciu sezonu grillowego, grabieniu liści i spotkaniu z wilkiem, który na szczęście okazał się być bezdomnym, wyjątkowo towarzyskim psem.
Wróciłam do stolicy o 2 kilogramy obywatelki więcej, z rękami do kolan (nie wiem w którym momencie zgrabiłam 7 hektarów działki) i kompletną niezdolnością do pracy przy komputerze (zakwasy). Biografia R. Capy, którą mimo wszystko próbowałam przeczytać niestety nie wytrzymała konkurencji z wieczorami przy kominku. Na dodatek po raz kolejny nie mogę się przyzwyczaić do korków. Przypomniało mi się w związku z tym pewne zdjęcie reportera AP. A gdyby tak w Warszawie, nad Wisłą wprowadzić podobne rozwiązania?

Kobiety pokonują rzekę poruszając się w specjalnych wagonikach umocowanych na linie, Rawalpindi, Pakistan, 18 marca 2008 r., fot. Emilio Morenatti/AP

wtorek, 15 stycznia 2008
Przygoda wizualna

Zamek Neuschwanstein niedaleko Schwangau, południowe Niemcy. fot. Christof Stache/AP

Pewien rezolutny 2,5 latek płci męskiej  zaproponował mi kiedyś rozrywkę - zaprosił mnie do wspólnego układania puzzli. Jakież było jego rozczarowanie kiedy się okazało, że zupełnie się w tej zabawie nie
odnajduję. Komplet bodajże 60 puzzli wielkości kart do gry, z którego jak było widać na załączonym obrazku mieliśmy ułożyć scenę z kreskówki ”Cars”, po prostu mnie pokonał. Dziecko znudzone
nieporadnością starszej koleżanki znalazło sobie ciekawsze zajęcie. Zostałam więc sama na placu boju, ambicja nie pozwoliła mi przecież porzucić tej upiornej rozrywki, poza tym jeśli chodzi o puzzle - to był mój pierwszy raz. Po godzinie Pan Mąż (wtedy osobisty narzeczony) zajęty rozmową z rodzicami rezolutnego 2,5 latka, u których spędzaliśmy popołudnie, zorientował się, że gdzieś mu się zapodziałam. Gdy znalazł mnie w pokoju malucha pochłoniętą dziecinnie prostą układanką, dwoma, no może trzema ruchami ręki dopasował puzzle w śmiejące się ze mnie ”Carsy” i zabrał mnie do domu.
Minął rok, Pan Mąż przypomniał sobie ten wieczór i w prezencie gwiazdkowym dostałam pudełko z 1000 puzzli, układających się w niemiecki zamek Neuschwanstein, podobno klasyka gatunku.
Za układankę zabraliśmy się razem. Ile niecenzuralnych słów podczas tej przygody wizualnej padło, ile bezsennych nocy spędziłam na dopasowywaniu tych beznadziejnie małych kawałeczków do siebie, ile romantycznych kolacji przepadło nam, młodym małżonkom, ile haseł z encyklopedii Larousse'a można było w tym czasie przyswoić, ile partyjek pokera zaaranżować, ile powtórek ” Kropki nad i”  obejrzeć oraz ważnych filmów dokumentalnych w TVP o 2 w nocy nie przegapić itd., itp.
Z 1000 mikroskopijnej wielkości puzzli powstał wreszcie potwornie nudny landszafcik, którego na własne oczy nie chcę już nigdy zobaczyć, a tym bardziej sfotografować! (Nawet w jesiennym anturażu, z którym przyszło mi się tak długo męczyć dopasowując kawałki puzzli w odcieniach złota, rdzy, amarantu i butelkowej zieleni włącznie pokrywających korony drzew otaczających zamek).

niedziela, 30 grudnia 2007
Łyżwa na łyżwach

Nie wypadało inaczej zakończyć roku niż na lodowisku. Ostatni raz jeździłam na łyżwach 10 lat temu. Pan, który ostrzył moje bieluteńkie figurówki, obiecał że teraz będę śmigać jak Katarina Witt. Nie pomogło.Wystarczyło że Pan mąż wjechał na tor na warszawskich Stegnach i tyle go widziałam. A przygoda miała być przecież prorodzinna, integracyjna i w ogóle jak to jest możliwe, że mąż który nie spędza codziennie 3 godzin w fitness clubie, wieczoru na rowerku treningowym i nie odmawia sobie w nocy o północy chipsów w rozmiarze XXL, mógł mnie wyprzedzić?
Mógł, co więcej  przez dwie godziny próbowałam go dogonić, aby zrobić mu zdjęcie skoro już tak dobrze się prezentuje i oglądają się za nim wszystkie licealistki, ale też mi się nie udało. Okazało się, że nie potrafię równocześnie fotografować telefonem komórkowym i utrzymać się na łyżwach. Za to Pan mąż potrafi!

Autorka bloga na łyżwach. fot. Łukasz Sokół

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!!!