świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Zapewnia się atmosferę życzliwości

Z cyklu "Podlasie", fot. Tomasz Tomaszewski

"Rzeczy same z siebie nie są ani piękne ani brzydkie. To od nas, którzy je pokazują np. na fotografii, zależy jak zobaczą je inni".- powiedział o swoich zdjęciach z Podlasia Tomasz Tomaszewski podczas wernisażu w Starej Pomarańczarni w Warszawie. Plenerową wystawę jego najnowszych fotografii można oglądać do 28 maja na ogrodzeniu Parku Łazienki Królewskie, od strony Alej Ujazdowskich.
Gdyby Tomasz Tomaszewski chciał kiedyś wydać album ze swoimi zdjęciami z różnych projektów (nieprzypadkowo unikam słowa "najlepszymi" bo równie dobrze mogłabym napisać "wszystkimi") ten cytat byłby idealnym mottem. Wyraża istotę jego fotografii, sposobu pracy, patrzenia na świat, stosunku do ludzi. Przypomina mi się tu scena, o której opowiedział mi kiedyś narzeczony. Tomasz Tomaszewski wchodzi do kiosku po gazetę. Przy kasie stoi kobieta z psem rasy "niepodobny do nikogo". Pies zaczepia fotografa, na co ten głaskając go mówi: Taki jesteś brzydki, że aż piękny!
Patrząc na świat oczami Tomasza Tomaszewskiego narzucam sobie dyscyplinę: spojrzę na rzeczy takimi jakie są, nie dlatego, że są ładne czy brzydkie. Pozwolę sobie na zachwyt, taki najprostszy, choćby nad mokradłami w lesie, które jeśli zechcę wyglądają jak te spod ręki Moneta.


Z cyklu "Podlasie", fot. Tomasz Tomaszewski


23:41, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 kwietnia 2012
Mniej znaczy więcej

Warszawskie Zakłady Farmaceutyczne "Polfa", króliki używane do testowania leków, 1967 r., fot. Aleksander Jałosiński / FORUM

Za chwilę wiosna dopadnie nas na dobre i niechętnie będziemy zaglądać do galerii. To ostatni moment, żeby zobaczyć niezwykłą wystawę "Chodząc po ziemi", podsumowującą półwiecze pracy fotoreportera Aleksandra Jałosińksiego. Dom Spotkań z Historią przygotował dla
widzów prawdziwą ucztę. Na wystawie można obejrzeć 150 zdjęć autora, niektóre z nich prezentowane są po raz pierwszy. Wybrane przez kuratorkę (Monika Kapa-Cichocka) i fotoedytorów (Tomasz Gleb oraz Jarosław Stachowicz) fotografie tworzą poruszający obraz
peerelowskiej prowincji. W serii wystaw przypominających dorobek współczesnych Jałosińskiemu fotografów prasowych brakowało spojrzenia na wspomniany okres z perspektywy pozawarszawskiej. Jednak nie to jest na tej wystawie dla mnie najciekawsze. Albo inaczej, idąc na wystawę wiedziałam, że zobaczę świetne zdjęcia prasowe. To co mnie urzekło, to snute jakby mimochodem, pojawiające się między kolejnymi częściami wystawy, refleksje Aleksandra Jałosińskiego na temat zawodu fotoreportera. Nie zdradzam szczegółów, zaczepnie przypominając tylko za mistrzem jedną z zasad panujących w ówczesnych redakcjach. Na jedno opublikowane zdjęcie przypadało pół negatywu, z których fotoreporter był dokładnie rozliczany. Oczywiście zdarzało się, że za własne oszczędności kupował dodatkowe klisze, były to jednak wyjątkowe sytuacje.  Czy mniej oznaczało więcej, przekonajcie się sami odwiedzając wystawę, jeszcze do 20 maja 2012 r .

16:09, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2011
Dlaczego nie wszyscy muszą robić zdjęcia

fot. Erik Kessels/Flickr/Foam


Na wystawie „What's Next? The Future of the Photography Museum” w Foam w Amsterdamie duński artysta Erik Kessels zaprojektował pokój po sufit wypełniony ponad milionem zdjęć, które w ciągu 24 godzin publikuje się na Flickerze. W opisie pracy pojawia się kilka ciekawych informacji, m.in. ta o aktualnej ilości zdjęć umieszczonych na wspomnianym portalu - to –uwaga, uwaga – ponad 6 miliardów fotografii. Tyle samo zdjęć dodają co dwa miesiące użytkownicy Facebooka.
W tekście „Prosto z ulicy dźwięki” ("Przekrój" z 21 listopada) Kuba Dąbrowski pisząc o otwartej w ubiegłą sobotę w Warszawie wystawie „Street Photography Now” przypomina definicję fotografii ulicznej i proponuje: „Na koniec porada: zamiast wracać z pracy autobusem jak zombie, włóż do kieszeni aparat i popatrz na świat z zainteresowaniem. Popatrz na światło, popatrz na ludzi.”
Nie fotografuj wszystkich i wszystkiego, co więcej - nie publikuj tych zdjęć wszędzie ani wszystkim ich nie wysyłaj – dodaję od siebie.
W słynnym eseju „O fotografii” do ekologii obrazu wiele lat temu nawoływała Susan Sontag. Nie tylko w tej kwestii wyprzedziła myślenie o współczesnej fotografii.

23:12, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Zdjęcia z odzysku czyli kto dziś widzi więcej

8,799661 Suns From Flickr (Partial) 3/8/11, fot. Penelope Umbrico /Courtesy of the artist /Copyright Rencontres Arles


„Teraz my występujemy w roli wydawców. Wszyscy przetwarzamy, wycinamy, miksujemy, przesyłamy. Możemy tworzyć obrazy na wiele sposobów. Wszystko czego potrzebujemy to jedynie: oczy, rozum, aparat fotograficzny, telefon, laptop, skaner i punkt widzenia. Kiedy nie edytujemy, tworzymy.Tworzymy więcej, niż kiedykolwiek przedtem, ponieważ nasze źródła są nieograniczone a możliwości nieskończone. Mamy internet pełen inspiracji: głębi, piękna, niepokoju, absurdu, banału, żargonu i intymności. Mamy niepozorne aparaty, rejestrujące najjaśniejsze światło i najciemniejszą ciemność. Potencjał technologiczny pobudza kreatywność. Zmienia też nasze myślenie o tworzeniu, przypominjącym zabawę, opartą na zamianie starego w nowe i uszlachetnianiu tego, co pospolite. Dzieło z przeszłością wygląda jak współczesne.Chcemy nadać takiej twórczości nowy status. Od teraz wszystko będzie już inne...“ – oświadczyło pięciu kuratorów w manifeście towarzyszącym jednej z najciekawszych i najczęściej krytykowanych wystaw „From here on..", prezentowanej podczas trwającego do 17 września festiwalu fotografii we francuskim Arles.
Po blisko dekadzie od powstania Google Images, siedem lat po udostępnieniu Google Maps i Flickera każdego dnia w przestrzeni wirtualnej pojawia się tysiące nowych fotografii. To głównie zdjęcia rodzinne, z wakacji, imprez, te najbardziej banalne i  absurdalne, intymne, udane i nieudane, amatorskie, w tym takie, których nie powstydziłby się żaden współczesny artysta, pojedyncze oraz złożone z kilku i kilkudziesięciu innych, podpisane nazwiskiem autora, ale też anonimowe, bezpańsko plątające się w sieci, przywłaszczone przez innych, zmanipulowane w photoshopie, skadrowane, pocięte. Można je oglądać bez końca, Internet to przecież jedna wielka galeria fotografii.
Czy kogoś, kto zbiera "fotki z netu", można nazywać artystą? Co z prawem autorskim, wykorzystywaniem fragmentów zdjęć innych do tworzenia nowych fotografii, kopiowaniem cudzych pomysłów? Jak dygitalizacja i dostępność fotografii wpływa na jej jakość i treść? Czy jeszcze warto dzielić autorów zdjęć na amatorów i profesjonalistów? Co się stanie z fotografią, którą nie wychodząc z domu, potrafi dziś zrobić i opublikować każdy? Na te i podobne pytania szukali odpowiedzi kuratorzy pokazywanej na festiwalu fotografii w Arles wystawy "From here on...": Clément Chéroux, historyk fotografii i kurator paryskiego Centre Pompidou; Martin Parr fotograf słynnej agencji „Magnum“; Eric Kessels – dyrektor kreatywny agencji KesselsKramer oraz wydawca albumów fotograficznych; Joan Fontcuberta, artysta konceptualny, pisarz i wykładowca; Joachim Schmid, artysta od dwóch dekad zajmujący się fotografią znalezioną m.in. w Internecie.

NATO Storage Annex, Coevorden, fot. Mishka Henner /Courtesy of the artist/Copyright Rencontres Arles


Na wystawie można obejrzeć prace 36 artystów. Wiele z nich to wydobyte z sieci cykle fotografii o podobnej tematyce. - Jaki sens ma robienie kolejnej fotografii zachodu słońca, skoro jedno kliknięcie myszki daje nam dostęp do miliona takich zdjęć w internecie - pyta Amerykanka Penelope Umbrico prezentująca ogromną fotografię - patchwork złożony z niezliczonych zdjęć zachodów słońca. Corinne Vionnet ze Szwajcarii zgromadziła zdjęcia amatorskie opublikowane w Google'u i na Flickerze, przedstawiające popularne miejsca turystyczne na świecie. Artystka zauważyła, że większość z nas fotografuje tak samo, wybieramy podobny, centralny kadr, na tej samej wysokości komponujemy linię horyzontu. 200-300 zdjęć m.in. wieży Eiffel'a, placu Czerwonego czy Koloseum nałożyła na siebie, tworząc efektowne, wielkoformatowe kolaże.

Photo Opportunities, fot. Corinne Vionnet /Courtesy of the artist/Copyright Rencontres Arles

Określający się mianem "fotografa fotelowego" Szwajcar Kurt Caviezel wyszukuje zdjęcia wykonane przez kamery internetowe. Swoją absurdalną kolekcję podzielił na dwie kategorie, "insekten" to zdjęcia, na których w kadrze pojawiają się owady oraz "vogel", na których część kadru zasłania ogon ptaka. Pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi na beznamiętne, rzetelnie wykonane panoramy miast uchwycone przez kamery internetowe, gdyby nie ich niedoskonałość, zakłócenie, które intryguje Caviezela. Serię cieszącą się nieustannym zainteresowaniem widzów stworzył holenderski fotoedytor Frank Schallmaier, który pozbierał w sieci zdjęcia penisów, których właściciele, dla podkreślenia skali, fotografowali je m.in. z paczką papierosów, telefonem komórkowym, puszką po piwie czy patyczkiem do czyszczenia uszu.
Kilku autorów poruszyło w swoich projektach kwestię percepcji fotografii w dobie cyfryzacji obrazu. Hermann Zschiegner z Niemiec zwrócił uwagę na jakość zdjęć, z którymi na co dzień spotyka się przeciętny użytkownik Google‘a. Tę samą fotografię Walkera Evansa, słynny portret Allie Mae Burroughs, której twarz stała się symbolem amerykańskiej Wielkiej Depresji, pokazał na 26 wydrukach, z któryh część stanowiły reprodukcje zdjęcia Evansa, a pozostałe to poddane modyfikacjom kopie tej fotografii autorstwa Sherrie Levine, artystki znanej z używania prac innych. Wśród dobrej jakości skanów Evansa znalazły się rozpikselowane, nieostre obrazy Levine, które obejrzy w sieci internauta nie zawsze zorientowany np. w historii sztuki. Który obraz zostanie mu w pamięci jako oryginał? – zastanawia się Zschiegner.

Nancy Bean z aparatem, fot. Christian Allen /Courtesy of the artist/ Copyright Rencontres Arles


Nowe technologie to przede wszystkim nowe możliwości - podkreślają twórcy wystawy. Brytyjka Christian Allen wyposażyła w aparat fotograficzny swojego kota - Nancy Bean, który obfotografował najbardziej niedostępne dla swojej właścicielki okolice Plymouth. Jon Rafman z Kanady wykonał screenshoty z filmów realizowanych przez kamery uliczne Google'a, dokumentując życie prostytutek na ulicach Włoch i Hiszpanii. Seria oparta na identycznym pomyśle co cykl Rafmana została wyróżniona w tegorocznej edycji prestiżowego konkursu World Press Photo. W profesjonalnym świecie fotografii odebrano ją jako sygnał, że coraz częściej liczy się dziś forma zdjęć oraz jej temat niż jej jakość czy sposób wykonania.

Valassa, Rho, Lombardy, Italia, Google street view, fot. Jon Rafman / Courtesy of the artist / Copyright Rencontres Arles


Wystawa "From here on..." reklamowana jest jako opowieść o współczesnym świecie opowiedziana przez zwykłych ludzi, nie artystów, pisarzy, reżyserów czy dziennikarzy. - Nie twierdzimy, że odkryliśmy coś nowego, ale te fotografie to znak naszych czasów, efekt eksploracji nowych mediów - mówi Erick Kessels, jeden z kuratorów. - To nic, że ich oczy nie są pierwszymi, które realizują zobaczone obrazy, a ich prace to efekt oglądactwa, miksowania, multiplikowania, kopiowania i kolekcjonowania zdjęć, których autorem był ktoś inny. Chcieliśmy docenić kreatywność użytkowników sieci zafascynowanych cyfrowymi obrazami - dodaje Clément Chéroux, przypominając o zbliżającej się setnej rocznicy powstania idei "ready made" Marcela Duchampa, która podobnie jak dziś internet stała się inspiracją dla kolejnych pokoleń artystów. Analizując projekty oparte na zdjęciach zebranych w sieci mogłoby się wydawać, że w dobie fotografii cyfrowej i ogromnej popularności portali społecznościowych tyle o sobie wiemy, ile pokażemy i znajdziemy w internecie. Na szczęście wciąż powstają fotografie, które można zrobić tylko po opuszczeniu wygodnego fotela, w trakcie spojrzenia drugiej osobie prosto w oczy albo postawieniu stóp na piasku w najbardziej kiczowatych okolicznościach przyrody.

Dla tych, którzy chcieliby zobaczyć w Arles coś więcej niż zdjęcia, które na co dzień oglądają w sieci, czeka mnóstwo ciekawych wystaw, w tym m.in. sprowadzona z Nowego Jorku "Mexican Suitcase" z odkrytymi fotografiami wojennymi Roberta Capy, Gerdy Taro i Chima (Davida Seymoura) czy pokazywana w ramach prezentacji fotografii meksykańskiej seria zdjęć Enrique Metinidesa "101 tragedies", nazywanego meksykańskim Weegem, który jak jego amerykański kolega namiętnie dokumentował wypadki, katastrofy, samobójstwa i inne drastyczne sceny uliczne. Warto też zajrzeć na ogromną wystawę zdjęć publikowanych w "The New York Times Magazine" od początku powstania pisma.




12:09, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 czerwca 2011
Zapiski Patrzacza


fot.Bogdan Dziworski


Właściwie cała nasza rozmowa dotyczy strzałów. Nieprzerwanej gotowości do ich oddania, refleksu, wyczucia „sprawy”, ilości wychodzonych w tym celu godzin. Bo  niby wiadomo jak to działa, ale też nie ma reguły, czasem trzeba oddać strzał wcześniej, jakby przechytrzyć los. Rozmawiamy o tym, co faktycznie jest na jego zdjęciach, a nie o tym, czego nie udało się pokazać i co wyjaśni rozbudowany podpis albo filozoficzny tekst kuratorski. Wystarczy informacja: Polska, Nowy Jork, Meksyk, Bułgaria itd. Reszta jest na fotografii: namiętność, intryga, tęsknota, radość, beztroska, wstyd, melancholia i więcej, jeśli ktoś chce. Kilka wielkich i kilka małych spraw, z których układa się obraz życia wtedy, ale też dziś. Zmieniają się tylko dekoracje, człowiek pozostał ten sam. I jest najważniejszy, bez niego nie ma zdjęcia. Między słowami pojawia się dygresja dotycząca szczęścia. Trzeba je mieć. I już. Może jeszcze styl. Gdy wszyscy fotografują, bez niego ani rusz.
Wycieczki osobiste raczej nie wchodzą w grę, dopytywanie o „podchody” damsko-
męskie dawniej- nie ma sensu. Próbuję coś ustalić w kwestii tzw. cienkich spraw, chcę się dowiedzieć, jak kiedyś wyglądał podryw, miłość w ogóle. Nic. Na koniec z pewną taką nieśmiałością zadaję pytanie, którego nie powstydziłaby się dziennikarka kolorowego pisma: Najgłupsza rzecz, którą zrobił pan jako zakochany mężczyzna? Tu wreszcie coś, nawet konkret, choć niecenzuralny, ale mam zgodę na publikację.
Finał. Gdzieś między drugim podwójnym espresso a latte-wyznanie, rodzaj motta, że fotografowanie to myślenie. Ciekawe kto dziś zrozumie, co autor miał przez to na myśli?

Oczywiście rozmawiam z Bogdanem Dziworskim, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości.

W KAŻDEJ CHWILI JESTEM GOTOWY DO STRZAŁU

B.Ł. Skąd się wzięły zdjęcia, które oglądamy na wystawie „Podchody i inne gry
towarzyskie” w warszawskiej Leica Gallery?

B.D.: Powierzyłem swoje archiwum polskiemu przedstawicielowi Leiki. Oni archiwizują i katalogują moje negatywy, sami wybierają zdjęcia, które chcą pokazać publiczności. Wystawa „Podchody i inne gry towarzyskie” to pierwsza odsłona naszej współpracy. Będą kolejne projekty, być może album. Wróciłem też do fotografowania, znowu spędzam kilka godzin dziennie na ulicy, z analogową Leiką.

Czy robiąc te zdjęcia 30 lat temu myślał pan o konkretnym temacie?

Fotografowałem wszystko, co działo się na ulicy. Dziś ludzie z Leiki oglądają moje negatywy i wybierają kadry, których sam bym nawet nie zauważył. Układają wystawę, zestawiają ze sobą konkretne zdjęcia. Te fotografie mają pewne niedoskonałości, powstawały na starych negatywach, wiele lat leżały w nieodpowiednich warunkach, widać na nich ziarno. Ku mojemu zaskoczeniu to wpływa na ich treść. A temat? Trzeba go wyczuć, ale trzeba też mieć szczęście. Niektóre kadry mogą się komuś wydawać podejrzane, zostały wykonane w najlepszym momencie. Na tym właśnie polega szczęście, potrafię uchwycić to, co wydawało się nie do uchwycenia.

Trzeba też dużo chodzić, do znudzenia powtarza pan swoim studentom.

Tak, żeby osiągnąć wymarzony efekt te kilka godzin dziennie trzeba wychodzić. Kto chodzi, ten wychodzi.

Dlaczego wraca Pan do fotografowania?

Mam kilka projektów filmowych, które z powodu funduszy czekają na realizację, nie chcę marnować czasu.

I jak za dawnych lat zajął Pan sobie miejsce w kawiarni z najlepszym widokiem na ulicę. Pierwszy plan czyli opuszczany, pofalowany dach kawiarni posłuży jako „rama” zdjęcia, kontroluje Pan sytuację.

Myślałem że trudno mi będzie wrócić do robienia zdjęć, ale powoli się rozkręcam. Może coś z tego będzie, może nie, najważniejsze, że dobrze się z tym czuję, jestem w swoim świecie. Pracuję na negatywie, dopóki tego nie wywołam, nie będę widział, czy oddałem dobry strzał. Wywołuję negatywy hurtowo, co kilka tygodni, przeglądam je i odkrywam sytuacje, o których już zapomniałem. To fantastyczne.

Jak reagują na Pana ludzie?

Różnie, zdarza się, że protestują albo są nieprzyjemni. Nie dyskutuję z nimi, po chwili przestają zwracać na mnie uwagę.

Kiedyś było inaczej?

Tak samo, choć facet z aparatem był atrakcją. Dziś każdy ma aparat w kieszeni, w telefonie.

I wszyscy fotografują, każdy może zostać fotografem?

Każdy, ale liczy się styl, sposób patrzenia, wrażliwość. Mając zautomatyzowany aparat każdy może zrobić zdjęcie, ale większość nie zastanawia się jak je zrobić. Osobiście wolę sobie wszystko ustawić. Pracuję na jednym obiektywie, gdy widzę ciekawą scenę, muszę ustawić sobie ostrość, stanąć w odpowiedniej odległości, zorganizować kadr, ocenić światło. Muszę pomyśleć i to myślenie mnie mobilizuje do pewnych działań, które wpływają na treść zdjęcia.

Co dziś Pana interesuje w fotografii?

Człowiek, to się nie zmieniło od początku. Dlatego fotografuję na krótkich czasach, żeby uchwycić autentyczność sytuacji, żeby nie fałszować rzeczywistości. Staram się być czujny, w każdej chwili jestem gotowy do strzału.

Liczy się refleks.

Zdarza się, że robię zdjęcie, zanim zdążę o nim pomyśleć.. Coś się dzieje, robię zdjęcie z biodra, nie wiem czy coś z tego wyjdzie, zobaczę to dopiero na odbitce. Na tym polega tajemnica tego typu fotografii. Niby panuję nad sytuacją, strzelam, wydaje się że „mam”, a na zdjęciu widać, ze to nie jest to. Innym razem jest odwrotnie, myślę, że nic nie zrobiłem, źle nastawiłem ostrość, za późno podniosłem aparat, patrzę na negatyw i jest! Nie ma reguły. Jak mówił Cartier Bresson: „Było, minęło i nie ma”. Muszę być czujny, dana sytuacja się nie
powtórzy, trzeba ją schwycić.

Powiedział pan kiedyś, że dobre zdjęcia się nie starzeją. A uczucia?

Przy dobrej diecie uczucia też się nie starzeją.

Co to za dieta?

Żyję chwilą, nie przepuszczam przez umysł takich rzeczy. Teraz wszyscy tak chętnie do wszystkiego się odnoszą, przeżuwają te wielkie sprawy, wylewając przy tym z siebie mnóstwo okrągłych zdań. Ja nie jestem czytaczem tylko patrzaczem, trzeci rząd, bilet ulgowy, obiad za 7 zł.

I co ten „patrzacz” z Leicą w pełnej gotowości wypatrzył w życiu?

Co wypatrzone, to moje. Reszta to literatura, tam jest tego dużo. Czasem uda się zrobić zdjęcie warte, jak ktoś powiedział 1000 słów. Można je sobie potem powiesić na ścianie, pomyśleć o tych wszystkich ważnych sprawach, dojść do pewnych wniosków, ale nie filozofować zbytnio, raczej to poczuć.

Najgłupsza rzecz jaką zrobił Bogdan Dziworski jako zakochany mężczyzna?

Ożeniłem się! I to trzy razy.

Nie wiem, czy możemy to wydrukować?

Oczywiście, wyłączając ostatnie małżeństwo, to się zgadza.



13:13, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 czerwca 2011
Przygoda intelektualna z MFK

Lester B.Morisson, Broken Manual, ujęcie z wystawy w Walker Arts Centre, Mineapolis, 2010

Całkiem możliwe, że sukces zakończonego właśnie Miesiąca Fotografii w Krakowie polegał na tym, że można go było przeżyć wcale nie ruszając się z domu. Obejrzałam festiwal "na żywo", a w pociągu z Krakowa przeczytałam katalog od deski do deski. Mimo że wciąż trudno mi w to uwierzyć - to drugie było o niebo ciekawsze. Nie uważam że to źle, przyznaję tylko, że mam z tym kłopot. Wszystko dlatego, że tegoroczny MFK, którego tematem był oparty o koncepcję heteronimu „Alias”, bardziej był o literaturze niż o fotografii i więcej było tu do czytania niż do oglądania. Tym, którzy nie zdążyli w tym roku dojechać na MFK, podobnie jak kuratorzy ostatniej edycji - proponuję eksperyment. Zajrzyjcie na stronę festiwalu oraz na strony galerii, które wzięły w nim udział, przede wszystkim zaś przekartkujcie katalog towarzyszący tegorocznemu MFK. Być może przyznacie mi rację.
W tym roku MFK wpisał się w modny od dawna w świecie sztuki współczesnej trend polegający na tym, że obraz staje się załącznikiem do teorii. Widzom festiwalu łatwiej było rozmawiać o strategii kuratorów „Aliasu”, niż o tym, co widzieli na wystawach. Sama przyłapałam się na tym, że bardziej skupiam się na ocenie teksów literackich opublikowanych w katalogu, a mniej na zdjęciach, które powstały w efekcie współpracy zaproszonych artystów. Nie wiem, czy tak dobrane proporcje na festiwalu, który do tej pory bombardował nas obrazem były dobre czy złe. Nie wiem tego ani po obejrzeniu wystawy wprowadzającej, pokazanej na dwu piętrach Bunkra Sztuki, ani po odwiedzeniu kilkunastu z 23 wystaw prezentowanych w muzeach i galeriach w Krakowie. Twórcy MFK 2011, w tym dwójka zagranicznych kuratorów zaproszonych do tegorocznej edycji przyznali, że stawiają na eksperyment, który miał się nie udać. Jeden z krytyków porównał ów eksperyment do zabawy w ciuciubabkę i mimo, że była to jedyna opinia, którą wyraził w swoim tekście na temat festiwalu, nie będąca kopią informacji prasowej bądź tekstów kuratorskich, trudno się z nią nie zgodzić. Większość osób, z którymi rozmawiałam o programie "Alias" nie mogła sobie z tą wystawą poradzić. I nie chodziło tylko o to, że wśród wielbicieli fotografii, są tacy, którzy odmawiają jej prawa do romansu z literaturą i tacy, dla których słowo towarzyszące zdjęciom może być nie tyle dopełniające, co wręcz ważniejsze. Miałam wrażenie, że krążący między galeriami bezskutecznie poszukiwali przełożenia oryginalnej koncepcji kuratorskiej na sztukę, w tym na fotografię przede wszystkim. Stąd pewne rozczarowanie, może niedosyt?

Jak sobie poradzić z tym festiwalem? Świetny tekst o MFK napisał Piotr Kosiewski z "Tygodnika Powszechnego". Sam tytuł - "Stać się artystą. Na chwilę" może być jednym z tropów do przemyśleń. Kluczem do wystawy "Alias" mógłby się stać dość zabawny film Maxa Pinckersa „Nie w kolejności występowania” (do obejrzenia TU), będący jednym wielkim cytatem, z którego szybko wpadają w ucho zdania: "Sztuką jest to wszystko, co nią nie jest" albo "Artystą może się stać tylko artysta". Być może kogoś uwiedzie piękne motto „Aliasu” autorstwa Fernando Pessoa: "Gdyby serce mogło myśleć, przestałoby bić". Trochę zazdroszczę wszystkim, którym się to uda. 

22:27, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 marca 2011
Szczęścia

Z cyklu "Mały człowiek", fot. Zofia Rydet

Lubię gdy nowe "gada" ze starym, gdy dzieci zadają trudne pytania rodzicom, gdy młoda dziewczyna do dżinsów zakłada wisiorek babci, a nastolatek pochyla się z dziadkiem nad mapą. Zwykle wynika z tego coś interesującego, zaskakującego. Czas też lubi romanse. Dlatego podoba mi się projekt "Żywe Archiwa", w ramach którego w ostatni czwartek w Galerii Asymetria otwarto wystawę "Mały człowiek /oczekiwanie". Można na niej obejrzeć słynne portrety dzieci, autorstwa Zofii Rydet oraz jedną fotografię Julii Staniszewskiej, będącą zapowiedzią inscenizowanego cyklu, realizowanego w klinice leczenia bezpłodności.
Zaproszona do projektu "Żywe Archiwa" Julia Staniszewska sama wybrała 40 prac Z.Rydet spośród 140 opublikowanych w albumie "Mały człowiek" i zaaranżowała je wraz ze swoją fotografią. Nietrudno zauważyć, że dzieci na zdjęciach Rydet wyglądają jak dorośli, z kolei para z fotografii Staniszewskiej przypomina dzieci i że te dwa światy od zawsze się przenikają. Jednak nie tylko na tym opiera się współczesna reinterpretacja zdjęć klasyczki polskiej fotografii. Wspólna praca artystek, bo tak należy chyba potraktować ten projekt, dotyka trudnych tematów: nie zawsze beztroskiego dzieciństwa i niemożliwości posiadania dzieci. Trudno spojrzeć prosto w oczy bohaterom portretów Rydet nie myśląc o tym, na czym polega szczęśliwe dzieciństwo. Trudno przyglądać się parze z fotografii Staniszewskiej nie zastanawiając się nad tym, czy kiedy spełni się ich marzenie o dziecku, będą szczęśliwi. Wystawa zmusza do stawiania sobie wielu pytań, w tym o to, czym jest szczęście.

23:09, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 grudnia 2010
Paris Photo 2010 cz.2

Reporters sans Frontières " 100 photos by Pierre & Alexandra Boulat", Paryż, Petit Plais, fot. Łukasz Sokół

Na fali ostatnich tekstów dotykających tematu upadku prasy drukowanej ( "Epitafium dla prasy", Piotr Legutko, Rzeczpospolita, 11.12.2010 i "Jestem z kultury druku" rozmowa z prof. Marylą Hopfinger, Gazeta Wyborcza, 13.12.2010) przypomniałam sobie o jeszcze jednej wystawie, którą można obejrzeć w Paryżu do 27 lutego 2012 r. w ramach Mois de la Photo. 2010. W tym samym Petit Palais, w którym dwa lata temu zorganizowano ogromną wystawę Patricka Demarchelier, warto teraz zobaczyć prezentację Reporters sans Frontières " 100 photos by Pierre & Alexandra Boulat". Na wystawie zaranżowanej wśród klasycznych rzeźb i malarstwa eksponowanych w Petit Palais oglądamy reporterskie zdjęcia Pierre i Alexandry Boulat, ojca i córki.
Pierre zasłynął publikacjami w Life,  fotografując modę i życie codzienne Paryża. Alexandrę, współzałożycielkę agencji VII, uznano za jedną z najlepszych fotoreporterów wojennych. Wystawa "100 photos by Pierre & Alexandra Boulat" to historia fotografii prasowej. Pierre Boulat pierwsze zdjęcia publikował w latach 50., ostatnie materiały z Palestyny w 70., Alexandra realizowała ostatni materiał tuż przed swoją śmiercią w 2007 r. Narracja wystawy jest dwutorowa, pierwszą kategorią jest czas, drugą tematyka. Fotografie nie są zestawiane w pary, ale naturalnie, poprzez odpowiednią  aranżację przestrzeni, korespondują ze sobą. Nierzadko Boulat podejamowali podobne tematy. Jednak nie trudno zgadnąć kto jest autorem każdej z prezentowanych klatek. Wydaje się, że Alexandra lubiła być blisko bohaterów swoich zdjęć, choć nie zobaczymy na nich wojny w brutalnym, newsowym wydaniu, “You can show a war without showing a gun, that’s interesting — in only one photograph.” - powtarzała  w wywiadach.” Z kolei Pierre wydłużał ten dystans, może dlatego o jego fotografii można powiedzieć, że była elegancka, w pewnym sensie powściągliwa.
Nie wiem, czy wyszłam z tej wystawy mądrzejsza o wiedzę na temat życia mieszkańców Paryża w drugiej połowie XX wieku albo losy współczesnych ludzi żyjących w krajach ogarniętych wojnami.
Wiem że przez dłuższą chwilę byłam bliżej fotografowanych, poczułam powiew przepychu europejskiej stolicy mody ale i zapach śmierci na ziemiach objętych konfliktem.
To nic, że w tym celu zamiast papierowej gazety kupiłam bilet do galerii. Że zamiast towarzyszących przeglądaniu gazety kawy, radia i telewizji w tle, musiałam poczekać aż grupa młodzieży z gimnazjum obejrzy zdjęcia Alexandry Boulat z Gazy i  dopiero spokojnie przeczytać podpis pod fotografią.
Może dziś tak jest lepiej?

00:07, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 grudnia 2010
Paris Photo 2010 cz.1

André Kertész, Elizabeth and I, 1933/ Courtesy Higher Pictures/ Vintage Gallery

Relację z Paris Photo i Mois de la Photo 2010 publikuję z opóźnieniem, dlatego na początek kilka słów o wystawach, które wciąż można zobaczyć. Na pewno warto się wybrać na trwającą do 6 lutego retrospektywę André Kertésza w Jue de Paume. Podczas Paris Photo wystawę obejrzały tłumy. Każdy mógł wejść wręcz w intymny kontakt z fotografiami Kertésza, m.in. dlatego że format wielu odbitek był zbliżony do rozmiarów znaczka pocztowego. Zdjęcia można było oglądać z pomocą lupy lub z nosem przyklejonym do oprawy. Dzięki temu gigantyczna wystawa zyskała wymiar kameralny, odnosiło się wrażenie, że w Jue de Paume odbywa się tajemnicze spotkanie pasjonatów fotografii, wielbicieli talentu "surrealisty fotografii", jak mówi się o André Kertészu. Na wystawie pokazano najbardziej znane zdjęcia węgierskiego fotografa, ale również te nie publikowane, z wszystkich etapów jego kariery, a właściwie kolejnych adresów emigracji. Patrząc na te fotografie nietrudno zgodzić się z H.Cartier-Bressonem: "Whatever we have done, Kertész did first". Łatwo odnaleźć na zdjęciach Bressona, Capy, Brassai znaki wodne Kertésza. Z kolei jego styl, sposób patrzenia, wybór tematów mógł być zupełnie inny, gdyby nie spotkania i przyjaźń z Mondrianem, Legerem czy Chagallem. Na jednym ze spotkań w ramach festiwalu "Warszawa bez fikcji" odnosząc się do nie zrozumienia autorskich materiałów fotograficznych ktoś powiedział, że podobnie jest dziś z poezją pisaną w pierwszej osobie, jest zbyt osobista. Kertésza nazywano poetą fotografii, może jego geniusz polegał na rzadkiej umiejętności rejestrowania za pomocą aparatu tego co uniwersalne? W końcu wystawa w Jue de Paume to opowieść o samotności - emigranta, kochanka, artysty. I jeszcze jedno. Porażona wyjątkową precyzją, wnikliwością i czułością autora z retrospektywy wyszłam ze smutną refleksją: Komu chce się dziś tak fotografować?


Eleanor, Chicago, 1953 ,The Estate of Harry Callahan Courtesy Pace/MacGill Gallery

Jeszcze do 19 grudnia w Fundacji H.Cartier-Bressona można obejrzeć wystawę Harry'ego Callahana. Tu znowu przyjemność obcowania z genialnymi odbitkami, dowartościowująca mnie jako widza. Kameralny nastrój stworzył sam autor fotografując przestrzeń miejską w jej najjaśniejszych szczelinach bądź portretując bliskie mu kobiety, żonę i córkę. André Kertésza nazywano poetą fotografii, Callahana można postawić wśród jej kompozytorów. Każda z fotografii pokazana na wystawie to osobny utwór, jest tu wiele etiud na jeden instrument np. wśród zdjęć ulicznych, są też całe symfonie, jak te przedstawiające pejzaż. Pójście na tę wystawę to jak wizyta w filharmonii, przeżycie, które trudno zamienić na słowa.

23:13, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 listopada 2010
Paris Photo 2010

Józef Jan Glogowski, Stanislaw Ignacy Witkiewicz: Tovarisch Peresmerdlov Observing an Execution of the Mensheviks, 1931 © Stefan Okolowicz/ Jedna z prac prezentowanych na Paris Photo przez Galerię Asymetria

Wiem, wiem, obiecałam już poprawę garstce, która jeszcze się ostała wśród stale zaglądających na mojego bloga. Niektórzy narzekając na brak wpisów grozili już zanikiem pewnych mięśni, więc postanowiłam się zmobilizować. Ile będzie mnie to kosztowało wiedzą tylko pracujące mamy, reszta może sobie to tylko wyobrazić, obawiam się jednak, że podobnie jak w moim przypadku, pewne sprawy przekraczają granice ludzkiej wyobraźni...Krótko mówiąc, wybieram się jutro na Paris Photo i Mois de la photo 2010 czyli na targi fotografii i miesiąc fotografii, które odbywają się równocześnie w Paryżu. Obiecuję relację z najciekawszych wystaw i fotograficzne newsy. W tym roku tematem targów jest fotografia z Europy Centralnej, w Caroussel du Louvre będzie można obejrzeć prace blisko 90 artystów z Polski, Czech, Słowacji, Słowenii i Węgier ( TU galeria wybranych prac ). W ramach miesiąca fotografii w całym Paryżu na wielbicieli fotografii czekają setki wystaw, z pewnością zobaczę: "Harry Callahan" (Fondation Henri Cartier-Bresson), "André Kertész" (Jeu de Paume), "Larry Clark" (Musée d’Art Moderne de la Ville de Paris), "Extrêmes" (Maison Européenne de la Photographie), Raymond Depardon (Magnum Gallery), William Klein ( Polka Galerry). Po drodze, przy okazji, mimochodem zobaczę wiele innych wystaw, o których też oczywiście opowiem. Z ciekawości wybiorę się jeszcze na wystawę nie fotograficzną, Fondation Pierre Berge-Yves Saint Laurent zaprezentuje najnowsze prace Davida Hockneya, od kilku miesięcy zafascynowanego malowaniem kwiatów na iPhonie, a ostatnio na iPadzie. Interesuje mnie wpływ obu tych urządzeń na fotografię prasową, dlatego ciekawa jestem komentarzy do tych prac w kontekście współczesnego malarstwa, w które jak wiadomo fotografia od zawsze była wpatrzona. Wracam za chwilę.

15:36, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9