świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
wtorek, 19 marca 2013
Wśród swoich zdjęć jestem sam

Krzysztof Miller 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego

"Choćbym nie wiem jak się starał, pamięci nie da się prosto ogarnąć. Uporządkować. Opanować. Ona żyje we mnie i ściga mnie. A ja ścigam ją, żeby przestała mnie ścigać."- napisał w swojej książce pt. "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" Krzysztof Miller. Bohaterką tej książki jest pamięć. A dokładnie pamięć, której by nie było, gdyby nie fotografia, setki tysięcy fotografii, które zrobił i których z różnych powodów nie udało mu się zrobić, opublikowanych, ale przede wszystkim tych, które przechowuje w archiwum. Na moment, na 1/125, 1/250 , 1/500 sekundy obrazy najważniejszych konfliktów XX wieku, których Miller był świadkiem, pojawiają przed naszymi oczami. Ścigamy je razem z ich autorem, ale bezboleśnie, z boku, jak podczas przeglądania rano gazet. Może dlatego, że książkę Millera czyta się momentami jak powieść przygodową, ot wspomnienia faceta, który od 25 lat buja się po świecie z aparatem fotograficznym, to i rusz pakując się w historie na krawędzi życia i śmierci. Akcja jest wartka, błyskotliwie podana, aż się prosi o wydanie w postaci audiobooka. To jednak uczucie złudne, okazuje się, że historia Millera "pracuje", że w którymś momencie przestajemy ją "łykać" i zachłanność, z którą się do niej dobraliśmy nagle przechodzi, że zaczynamy ją sobie dawkować. Obrazy przestają migotać, zostają w głowie, bo Miller stawia za nimi słowa, zdania, opisy, obok których nie da się już przejść obojętnie. Trudno je odkliknąć, jak w gazecie przewrócić stronę, spojrzeć na reklamę. Zaczynamy się bujać w rytmie historii fotoreportera, który jak przyznał we wstępie do książki „historia jego życia to historia ciągłego bujania się”, że „buja się, by zatrzymać się w życiu na ułamek sekundy”, by się otworzyć na rozkminienie, zrozumienie. 

 Podobno dobre zdjęcie jest warte 1000 słów. Zastanawiam się, na ile ta często powtarzana w kontekście fotografii prasowej opinia, jest aktualna. Jej sens zniszczyła masa fotografii zalewająca nas każdego dnia, większość z nich nie warta jest choćby jednego słowa, nawet machnięcia ręką. Fotografie Krzyśka Millera warte są setek tysięcy zdań. Wierzę, że ktoś, kto przeczyta tę książkę, zachęcony wspomnieniami fotoreportera, zechce je kontynuować, że pokaże też same zdjęcia, których w "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" jest niewiele. Choć to nie zarzut, wiadomo że to nie album fotograficzny, który może ktoś nareszcie wyda. 

W przypadku Millera staje się jasne, że fotografia jest tylko pretekstem. Do poznania życia z bliska, dotknięcia go, poczucia każdym zmysłem. Dziś, gdy za moment wielu uwierzy w to, że możemy przeżyć swoje życie nie wychodząc z domu, świadectwo fotoreportera ma szczególną wartość, ale też cenę. O skutkach pracy fotoreportera wojennego Krzysztof Miller wspominał już w wielu wywiadach, w książce pisze jeszcze o czymś równie ważnym:  

"Fotoreporter, nawet jeśli pracuje w grupie, działa sam. Zdany tylko na siebie. Sam z historią, która przed nim się dzieje i staje się jego informacją, jego przesłaniem. Sam z obrazem, który jego oko widzi. Sam ze swoimi myślami i wyobrażeniem o tym, co zaraz się stanie. Sam, choćby robił zdjęcia w grupie kilkunastu stojących ramię w ramię z nim kolegów fotoreporterów. Sam, choćby dziennikarz, z którym przyjechał, trzymał go za ramię. Bo chce być sam. Bo inaczej nie może. Bo tak naprawdę pragnie sfotografować coś innego niż inni. Bo inni to konkurencja. Więc w każdej grupie i z każdym zdjęciem każdy fotoreporter zawsze będzie sam. Sam, gdy sfotografuje, i sam, gdy wróci do domu. Sam z pamięcią i sam z myślami. Bojowcy w oddziałach peszmergów, fedainów, mudżahedinów – wszystko jedno jak się nazywają – sami nigdy nie są. Oni walczą o swoją słuszną/niesłuszną sprawę – gdy my, fotografowie, walczymy o świadectwo. Niektórzy też o swoją sławę. Nie jest to walka prosta. Pchamy się tam, gdzie nie tylko wióry lecą, więc bywa, że i na nas. Ludziach z fotograficznym czy filmowym sprzętem. Skupia się agresja, strach, gniew, chęć odwetu zranionych w swoich prawach i marzeniach ludzi. A my, jakkolwiek bardzo byśmy chcieli się wtopić w tłum, do końca nigdy się w niego nie wtopimy. Nie zakamuflujemy się w nim. Nie skryjemy. Zawsze będziemy inni. I to jest trudnota naszego fachu. Minimalizowana przez nas, jak tylko umiemy, czujemy, potrafimy. Ale zawsze trudnota. Wśród swoich zdjęć jestem sam."

"13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" nie jest lekturą dla początkujących fotoreporterów. Na próżno szukać tu rad dotyczących sprzętu, podejścia do tematu, sposobu edycji itd. Między wierszami można jednak znaleźć pewne wskazówki, choćby taką:

"Dziennikarką i fotografią, jak pociskami, zdecydowanie rządzi przypadek. Ale fotografią bardziej. Jeśli dziennikarz jest przygotowany, z miejsca, do którego się wybrał, napisze dobry tekst nawet na podstawie kawałków informacji. Fragmentów rozmów. Depesz. Nie musi się pchać na pierwszą linię frontu. A jeśli jest dobrym dziennikarzem, to bardzo dobrze napisze. Fotograf, żeby zrobić zdjęcie o tym, o czym dziennikarz pisze, musi się znaleźć na miejscu. Jakkolwiek wspaniale przygotowywałby się do wyjazdu, wyjazd i tak go zweryfikuje. Czy dojechał i zobaczył? Czy miał szczęście? Czy we właściwym momencie nacisnął migawkę? Czy sfotografował? Nie za późno ani nie za wcześnie. We właściwym momencie. Ale jak ocenić, że to właśnie ten właściwy moment? Można czekać dniami i tygodniami i nic. A czasem po prostu wpada się na zdjęcia. Tak to już jest. Na pewno spóźniałem się w różne miejsca albo byłem w nich za wcześnie. OK, to jest wpisane w mój zawód. Ale największym, najgorszym grzechem fotografa jest grzech zaniechania. Odpuszczenia, odejścia, olania tematu. Nicnierobienia. Lenistwa. Jeżeli mój grzech zaniedbania wynika z oddechu, z resetowania mózgu, przefiltrowania myśli. To też wszystko OK. Czasami muszę sobie na to pozwolić. Znacznie gorzej, zawodowo najgorzej, jest wtedy, kiedy jestem. Widzę. I nie podnoszę do oka aparatu. Nie naciskam, bo mi się nie chce. To jest prawdziwy grzech. Czasami jest tak – przynajmniej ja tak miałem – że gdzieś szedłem, jechałem, miałem albo nie miałem coś sfotografować. I po drodze widziałem inną historię. Ale migawki nie nacisnąłem, bo pomyślałem: zrobię to w drodze powrotnej. A w drodze powrotnej tej historii już nie było. I ją straciłem. Nikt mnie za tę stratę nie oceni. Nie zgani, nie zruga. Bo nie będzie

wiedział, co po drodze widziałem. Jakiej historii nie zatrzymałem. Ale ja będę wiedział. Więc samodyscyplina. Iber ales."

Niezapisane nie istnieje, powtarzają po sobie pisarze. A niesfotografowane? Zostaje w głowie, kołacze się, śni, trzeba się z tym bujać. Bez kropki.

Krzysztof Miller, 2002 r., fot. Łukasz Sokół

środa, 21 marca 2012
Pielgrzymka Annie Leibovitz

Pastele Georgi O'Keeffe, fot. Annie Leibovitz /"Pilgrimage" (Random House, 2011)

Beata Łyżwa-Sokół: Od lat dla największych magazynów na świecie realizujesz wielkie, przypominające produkcje filmowe, sesje celebrytów. Skąd pomysł na kameralną serię pejzaży, zdjęć architektury i wnętrz kojarzących się z postaciami ważnymi dla historii i kultury USA?

Annie Leibovitz: Po dość trudnym dla mnie czasie potrzebowałam oczyścić swój umysł i zająć się tym na czym mi zależy, co jest dla mnie ważne. Przez lata nauczyłam się, jak dbać o siebie i pracę, wiem że w odpowiednim momencie dobrze jest wyłączyć się i zrobić coś inaczej niż zwykle. Warto się zatrzymać i doładować akumulatory, zanim straci się umiejętność odczuwania czegokolwiek. Po prostu trzeba odzyskać siebie.

Dosłownie interpretując tytuł twojej książki – „Pilgrimage” to rodzaj pielgrzymki w głąb siebie?

Pielgrzymka to bardzo mocne słowo. Dla mnie oznacza poszukiwanie, podróż mającą na celu odnalezienie czegoś, medytację. Inspiracją była wizyta w domu brata Emily Dickinson w Massachusetts. Dom, dziś muzeum, od czasów wiktoriańskich niewiele się zmienił, na ścianach rozkładają się tapety. Zatrzymałam się żeby zrobić kilka zdjęć, wtedy nie traktowałam tego jako pracę, temat. Po raz pierwszy pomyślałam o tym w ten sposób kilka miesięcy później, podczas wyjazdu rodzinnego nad Niagarę. Zobaczyłam swoje dzieci, które jak zahipnotyzowane podziwiały wodospad, zaciekawiona ich fascynacją zaczęłam robić zdjęcia.

Jakim kluczem kierowałaś się wybierając miejsca do zdjęć? Kto spośród znanych z historii Ameryki polityków, artystów Ciebie inspirują, są dla Ciebie ważne i dlaczego.

Zrobiłam listę miejsc, do których zamierzałam pojechać. Podobny pomysł na książkę miała kiedyś Susan Sontag, był nawet roboczy tytuł - „The Beauty Book”. Zawsze chciałam zobaczyć Isle of Wight ponieważ nigdy nie mogłam zrozumieć jak Julia Margaret Cameron mogła tam fotografować skoro przebywanie na wyspie nie miało sensu. Nie ma już jej studia w ogrodzie ale zachowało się ogrodzenie i brama Alfreda Tennysona. Robienie zdjęć w tym miejscu przypominało poszukiwanie skarbów.

Jak ważna była wizyta w miejscach związanych z Georgią O’Keeffe?

O' Keeffe była wielką artystką, której jednak nigdy nie podziwiałam, ani nie próbowałam naśladować. Odbierając nagrodę Muzeum Georgi O’Keeffe w Santa Fe w Nowym Meksyku zostałam zaproszona na Ghost Ranch oraz do jej domu w Abiquiú, położonego na wzgórzu, z którego roztaczał się widok na całą dolinę. Pojechałam tam i gdy weszłam do jej pracowni rozpłakałam się. Uderzył mnie skromny styl życia, które prowadziła. Widok postrzępionych płócien uświadomił mi jak niewiele potrzebujemy. Prowadziła proste życie: pracowała każdego dnia, uprawiała warzywa, spacerowała po ziemi równie wymizerowanej jak ona. Była prawdziwa. Na jednym z jej obrazów widać czerwone wzgórze, które wygląda jak góra, w rzeczywistości to wysokie na 12 stóp mrowisko. Niezwykłe jest to, że dom praktycznie nie zmienił się po jej śmierci. W muzeum można obejrzeć pastele własnoręcznie wykonane przez malarkę. Patrząc na nie faktycznie masz uczucie, że ich dotykała, używała. To kolory Nowego Meksyku, czerwienie i błękity, barwy piasku na wzgórzach i nieba. Spacerowała każdego dnia. Zastanawiałam się dlaczego na wszystkich zdjęciach jest pochylona. Zrozumiałam to dopiero na miejscu, gdy zobaczyłam skały wokół jej domu – znosiła je do domu wiadrami. Spacerując zabijała grzechotniki, później straszyła gości grzechotkami przechowywanymi w pudełku. Obok kanapy, w szklanym stoliku trzymała węża...

Realizując “Pilgrimage” miałaś poczucie, że robisz coś całkiem innego niż do tej pory?

Poświęciłam temu projektowi ponad 2 lata, nie sądzę, żeby ta praca różniła się od tego, co robiłam dotychczas: zbieranie notatek, które tworzą portret. Fotografia daje wiele możliwości, można jej używać na różne sposoby. Praca nad „Pilgrimage” była poszukiwaniem emocji jednoczących serce i duszę. To było dla mnie bardzo inspirujące.

Zmienia się współczesne dziennikarstwo, pojawiają się nowe możliwości i standardy. Ktoś powiedział, że wraz z przeniesieniem się do Internetu większości mediów papierowych, profesjonalnych dziennikarzy zastąpią „media workerzy”, łączący kompetencje autora tekstu, redaktora, fotoedytora i wydawcy. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze.

W tym kontekście pozwalam sobie na żart. Na prośbę o wywiad z Annie Leibovitz jedna z osób zajmujących się udostępnianiem jej fotografii wysłała mi pdf z tekstem opublikowanym w Guardianie ( to dłuższa wypowiedź fotografki wysłuchana przez dziennikarkę) i propozycją dopisania swoich pytań. Co też uczyniłam.

Przepraszam za niedoskonałe tłumaczenie wypowiedzi A. Leibovitz, nie zajmuję się tym zawodowo, starałam się jednak oddać sens słów fotografki.

Pełny tekst, oryginalna wypowiedź Annie Leibovitz spisana przez Sarę Philips dla Guardiana TU

15:23, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 listopada 2011
Fotografia to

Być może podobnie jak ja często zastanawiacie się, czym jest dziś fotografia. Sporo jest na ten temat dobrych lektur, wiele o samej fotografii można przeczytać w książkach z pozoru jej nie poświęconych. Polecam dziś rodzaj bryka, który odkryłam przy okazji festiwalu w Arles. Fotografka Mishka Henner realizując projekt internetowy "Photography is" zebrała ponad 3000 definicji "fotografii". Całość można przeczytać TU. Na zachętę trzy cytaty, których nie tłumaczę na polski, bo oczywiście tracą melodię:
"Photography is a good excuse to get outdoors"
"Photograpy is all about being spontaneous"
"Photograpy is like my third eye and my second voice"


23:00, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 lipca 2010
Czarny paszport

Paris 1986 r./Black passport/Stanley Greene

Ktoś zapytał mnie czy mogłabym polecić na wakacje ciekawą książkę o fotografii.
Sama chętnie przeczytałabym np. "Historie fotografii w Polsce 1839–2009" Adama Mazura albo "Widok cudzego cierpienia" Susan Sontag, choć nie są to z pewnością książki łatwe, lekkie i przyjemne, które można zabrać na wczasy pod gruszą. Wczesną jesienią warto jednak do nich zajrzeć.
Całkiem niedawno przeczytałam kapitalną autofotobiografię reportera wojennego Stanleya Greene'a pt."Black passport". To również nie jest lektura typowo wakacyjna, ale niezwykle wciągająca. Wydana w 2009 r. przez Aperture książka, jest efektem wielogodzinnych rozmów S.Greene'a i Teuna van der Heijdena. Fotoreporter nie ulega pokusie czynienia z siebie bohatera, bywa może zbyt szczery, ale nie na tyle by zniechęcić nas do wysłuchania jego zwierzeń. Narracja jest podzielona na sceny i zaczyna się w 1986 r., gdy Stanley wyrusza z Nowego Jorku do Paryża, by na chwilę zająć się fotografią mody. Sceny z życia prywatnego przeplatają się w opowieści Green'a ze wspomnieniami zawodowymi, właściwie trudno powiedzieć czy jest między nimi jakaś granica, te dwie sfery życia w biografii reportera są wręcz nierozłączne. Jest to też podstawowy problem Greene'a, który przez lata próbuje pogodzić życie fotoreportera wojennego z codziennością. Czy w ogóle jest to możliwe? Odpowiedź znajdziecie w pasjonującej, pełnej autoironii opowieści twórcy agencji Noor. Dodam jeszcze, że oddzielną historię tworzą w tej książce fotografie S.Greene'a, przemieszane-od tych bardzo prywatnych przez najbardziej znane zdjęcia wojenne. Już dawno nie miałam w rękach tak zaskakująco wyedytowanej książki, gdzie tekst i zdjęcia tak doskonale ze sobą współgrają.

22:03, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (11) »
niedziela, 02 maja 2010
Kontemplacje znad dna oka

Europejczyk pozujący w rikszy, ok.1910 r., nieokreślony zakład indyjski

Podobno najlepsze fotografie zastępują 1000 słów. A co jeśli tych słów nam brakuje, gdy chcemy o zdjęciach coś powiedzieć? Bo powiedzieć o zdjęciu, że jest piękne, przerażające, interesujące, zabawne, ma oryginalną kompozycję, zaskakujący kadr itp.,itd., to właściwie nic nie powiedzieć. Ale gdzie mieliśmy się nauczyć rozmawiać o fotografii? Kto mówi w szkole jak odczytywać obrazy, również fotograficzne?
O mało znanych fotografiach ze swojej kolekcji fantastycznie pisze Wojciech Nowicki. Od niedawna jego eseje o fotografii można przeczytać w zbiorze "Dno oka" ( Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010 r.). Właściwie zbiór ten powinien się stać lekturą obowiązkową dla studentów fotografii oraz dla wszystkich, którzy interesują się zdjęciami, nie opuszczających wystaw fotograficznych, kolekcjonerów albumów.
Wojciech Nowicki kontempluje fotografie, studiuje detale, rozszyfrowuje ukryte w nich znaki, snuje domysły wokół okoliczności ich powstania i intencji autora, stara się je zrozumieć, otwiera się na wszystko, co na nich widzi albo czego nie może zobaczyć. Każdy esej to mini traktat o fotografii w ogóle. Polecam esej o "Zapisie socjologicznym" Zofii Rydet oraz o fotografii "Europejczyka pozującego w rikszy" z 1910 r. "Ostatnia podróż Marszałka" to tekst na czasie, o fotografiach Piłsudskiego w trumnie i na łożu śmierci, analizujący fotografie ostateczne, których nie chcemy oglądać lub nie mamy możliwości zobaczyć.
Jeśli jeszcze nie zachęciłam do lektury, cytat ze wstępu Marka Bieńczyka:
"Kiedy czytałem tę- dla mnie niezwykłą-książkę, przyszedł mi do głowy obraz, który mogę sobie wyobrazić nawet jako fotografię: oto widzę przed sobą grube, szare mury, coś się za nimi kryje, może świat cały, jakaś nieprzenikniona zona. Nie ma wejścia i tylko od czasu do czasu, tu i ówdzie, widać drzwiczki czy okienka, nieco podobne do owego otworu uchwyconego przez Bułhaka na wileńskiej ścianie i opisanego w rozdziale "Wilno 1913". Owe drzwiczki to fotografie / teksty Wojciecha Nowickiego, przez nie da się do wewnątrz zajrzeć, zdają się one przejściami-przewodnikami, które pozwolą coś stamtąd zobaczyć."

11:29, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (5) »
środa, 09 września 2009
Lektury nadobowiązkowe

Pozycja horyzontalna, którą ostatnio przyjmuję z powodu zaawansowanej ciąży, skłoniła mnie do nadrobienia zgromadzonych niegdyś lektur, w tym tych fotograficznych. Polecam dwie z nich, na które warto znaleźć trochę czasu: starszą, z 2005 r. "Between the eyes. Essays on photography and politics" i świeżutką "Photography after Frank", obie wydane przez Aperture, na razie tylko po angielsku.


W pierwszej znalazły się pisane przez wiele lat eseje o fotografii Davida Levi Strauss'a. Jeden z ciekawszych tekstów dotyczy estetyki zdjęć Sebastiao Salgado, które zaczęto oglądać jak dzieła sztuki, a nie jak dokument tragedii. Strauss stawia pytanie, dlaczego fotografie, które uważamy za piękne nie miałyby nas skłaniać również do działania, czy to się musi wykluczać? Równie interesujący jest esej, w którym Strauss opisuje projekt wystawy zdjęć z Ruandy Alfredo Jarra. Analiza pomysłu na prezentację fotografii Jarra stała się pretekstem do powstania dość mocnego tekstu, w którym Strauss ostro krytykuje politykę państw NATO zaangażowanych w konflikt w Ruandzie, przedstawia błędne decyzje i kompromitujące wypowiedzi polityków, które mogły zdecydować o losie setek tysięcy ludzi. Czy fotografie, które wtedy powstały miały w ogóle szansę zmienić bieg historii?- pyta retorycznie autor. Warto zajrzeć do przemyśleń D.L.Straussa na ten temat.
Na zachętę podaję jeszcze motto do zbioru, cytat z "The Act of seeing" Wim'a Wanders'a:
"The most political decision you make is where you direct people's eyes. In other words, what you show people, day in and day out, is political...And the most politically indoctrinating thing you can do to a human being is to show him, every day, that there can be no change."


Z kolei "Photography after Frank" to zbiór tekstów Philip'a Gefter'a, fotoedytora i autora tekstów The New York Times. W pięknie ilustrowanej książce znajdziecie recenzje najciekawszych wystaw ostatnich lat w USA, opisy słynnych kolekcji fotografii (m.in. R. Avedona), rozdział poświęcony fotodziennikarstwu i rynkowi fotografii oraz wywiad z Gefter'em na temat fotoedycji.
Świetne lektury na nadchodzące jesienne wieczory.

21:56, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 sierpnia 2009
Trening oka

Książka Marii Poprzęckiej "Inne obrazy" nie jest może najłatwiejszą lekturą na plażę, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie lekko.Od czytelników bloga często dostaję maile z prośbą o przysłanie listy lektur obowiązkowych dla tych, którzy interesują się fotografią, ale nie ciekawi ich śledzenie najnowszych nowinek dotyczących sprzętu. Jest oczywiście kilka książek, które wypada znać, sama odwołuję się do nich od czasu do czasu. Przypomina  mi się jednak co kiedyś powiedział jeden z fotoreporterów wspominając przyjaźń z Alexem Webbem: "Spotykamy się od lat i nigdy nie rozmawialiśmy o fotografii." Polecam zatem książki poświęcone sztuce w ogóle, jej percepcji oraz prezentacji. W dobie rozwijających się multimediów wiedza na temat odbioru obrazów może okazać się bardzo istotna.
Sztuka jest najlepszym treningiem patrzenia, twierdzi w swojej książce Maria Poprzęcka. Patrzymy, ale czy potrafimy zobaczyć - pyta, porównując współczesnego widza do stworzonej przez Baudelaire'a postaci flaunera, obserwatora życia miejskiego, "przemieszczającego się konsumenta nieprzerwanie następujących po sobie, iluzorycznych, oferowanych jak towary obrazów". Widzowi poświęca autorka wiele miejsca w swoim zbiorze esejów, powtarzając za Marcelem Duchampem, że "to widzowie tworzą obrazy", zaś "obraz nie jest dziełem malarza, lecz tych, którzy na niego patrzą i obdarzają swymi względami". W "Innych obrazach" jest również wiele odwołań do fotografii, szczególnie do jej początków i oczekiwań związanych z jej powstaniem.
Polecam książkę M.Poprzęckiej na jesienne, deszczowe wieczory.
TU szczegółowa recenzja Doroty Jareckiej.

10:44, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lipca 2009
Śladami Susan Sontag

Wydanie przez Bibliotekę f5 zbioru tekstów pt."Interpretując fotografię. Śladami Susan Sontag." inspirowanych esejem Susan Sontag "O fotografii", to okazja, by po raz kolejny wrócić do tego świetnego tekstu, który w Polsce ukazał się ponad 30 lat temu. "O fotografii" wydaje się dziś jeszcze bardziej aktualny. Kwestie, które poruszyła wtedy Sontag, zrewidowane przez czas i rewolucję we współczesnej fotografii dojrzały do nowej debaty. Szczególnie poglądy głoszone przez autorkę na temat fotografii prasowej, etyki fotoreportera, świadomości użycia fotografii, które zresztą zmieniła ( w książce "Regarding the pain of others" z 2003 r.), stały się interesującym polem dla autorów interpretujących na nowo esej Sontag. Tu najciekawszy był dla mnie esej Marianny Michałowskiej pt "Sontag Revisited", która w dobie kryzysu prasy drukowanej i wyczerpania się formuły klasycznego fotoreportażu wraca do słów Susan Sontag dotyczących roli fotografii: "Zdjęcia nie są w stanie narzucać postawy moralnej, ale mogą wzmacniać postawy już istniejące oraz rozwijać zalążki tych, które dopiero się kształtują" oraz "fotografii jako akcie nieinterwencji". Michałowska pisze o granicach zaangażowania się fotoreportera i manipulacji: "Fotografia w ujęciu Sontag jest zatem nie tyle obiektem sztuki, ile dziedziną, w której fotografowie muszą zmagać się z własnym zaangażowaniem się w świat. (...) Fotografowanie wymaga poświęcenia i oddania, wydaje się bardziej misją niż tylko umiejętnością. Dlatego tak wiele w "O fotografii" przekonania o heroizmie fotografów. Heroizmie, który trzydzieści lat później zanika podporządkowany wyrachowanemu systemowi produkcji i konsumpcji."
Warto też zajrzeć do pozostałych tekstów, wśród autorów: Tomasz Ferenc ("Fascynujące koszmary Diane Arbus"), Kazimierz Kowalewicz, Sławomir Magala, Katarzyna Kułakowska, Adam Mazur, Magda Garncarek ("Przymus patrzenia - niechęć widzenia. Jak bez wyrzutów sumienia oglądać fotografie prasowe?"), Ewelina Wejbert-Wąsiewicz, Ilona Wiśniewska-Weiss, Marta Eloy Cichocka ("Ballada o Susan i Annie").

Zanim przeczytałam teksty zebrane  w "Interpretując fotografię. Śladami Susan Sontag." też kolejny raz zajrzałam do "O fotografii". Tym razem, w  kontekście ostatnich, gorących dyskusji na blogu zatrzymałam się na tych słowach Sontag:
"Fotografia ma nadawać wagę temu, co przedstawia." i "Należało się spodziewać, że fotografia zacznie się jawić jako autorytet, tym bardziej, im mniej będzie spreparowana i jawnie wystlizowana oraz naiwna." Jeden i drugi cytat polecam współczesnym fotoreporterom jako motto.

13:08, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (3) »
czwartek, 19 lutego 2009
Belgrade belongs to Me


Belgrad, 1995 r., fot.Boogie

Że Boogie jest świetnym fotografem już kiedyś ustaliliśmy. Ten zdolny Serb właśnie wydał kolejny album ze zdjęciami z Belgradu, który fotografuje od początku lat 90. Zaskakujące jest to, że pomimo tak wielu zmian, które dokonały się na Bałkanach w ciągu ostatnich 20 lat, tak niewiele zmienia się w obrazach tych miejsc na fotografiach Boogie'go. Może niezmienny pozostaje genius loci Belgradu?
O albumie pisze najnowszy PDN, zdjęcia można obejrzeć TU i TU.

Belgrad, 1996 r., fot. Boogie

 


Belgrad, fot. Boogie

 


Belgrad, 2008 r., fot. Boogie

 

12:56, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 grudnia 2008
Fotoleżakowanie
Jedynym pozytywnym skutkiem leżakowania podczas grypy jest możliwość nadrobienia zaległości w lekturze obszernych tekstów w tygodnikach oraz książek odkładanych na półkę, do przegródki "wcześniejsza emerytura". Polecam dziś zgrabny, zadowalający pracujących ale pozostawiający niedosyt leżakującym tekst Kuby Dąbrowskiego w najnowszym "Przekroju" o Gerdzie Taro, narzeczonej Roberta Capy, ilustrowany nie wszystkim znanymi zdjęciami. Kończę też ciekawą, będącą rodzajem erraty do słynnych "Pamiętników", książkę o Leni Riefenstahl pt."Riefenstahl. Niemiecka kariera" autorstwa Jurgena Trimborna, która ukazała się 6 listopada nakładem wydawnictwa W.A.B. Pamiętniki Leni zmęczyły mnie, tak jak może zmęczyć monolog samochwały, spisany piórem trącącym grafomanią, bardziej przypominający scenariusz telenoweli niż wspomnienia najbardziej znanej niemieckiej fotografki. Z kolei J.Trimborn prześwietla pensjonarskie wspomnienia Leni niczym badacz IPN, zamieniając je w sprawozdanie z pamiętników kłamczuchy. Nie wiem co jest ciekawsze.
15:47, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4