świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
czwartek, 10 lutego 2011
Kto wygra World Press Photo 2010

"A grunt's life", Damon Winter /The New York Times, 3 miejsce w kategorii Feature Picture Story - Newspaper POY

Przed ogłoszeniem zwycięzców tegorocznej edycji najważniejszego konkursu fotografii prasowej World Press Photo, możemy oglądać pierwsze wyróżnione zdjęcia nagrodzone w równie prestiżowym Pictures of the Year.  Podobnie jak w latach ubiegłych wiele materiałów i pojedynczych zdjęć otrzymuje pierwsze nagrody w obu wspomnianych konkursach. Zanim poznamy laureatów ( na stronie POY publikowane są zdjęcia laureatów ale ich nazwiska zostaną ogłoszone po zakończeniu obrad jury 22 lutego) możemy śledzić tematy podejmowane przez fotoreporterów oraz sposoby ich realizacji. Jeśli chodzi o tematykę zdjęć chyba niewiele jest nas tu w stanie zaskoczyć,  dominują dokumentacje newsów, fotoreportaże wojenne, poruszające eseje przedstawiające życie rodzin wielodzietnych, młodzieży uzależnionej od narkotyków itd, itp. Wszystko to już widzieliśmy, choć nie zawsze  w prasie i internecie.
W zeszłym roku jury WPP wyróżniło zdjęcie wykonane telefonem komórkowym.W tym roku w konkursie POY, wśród materiałów nagrodzonych w kategorii Feature Picture Story - Newspaper jest esej "A grunt's life" z Afganistanu, autorstwa Damona Wintera, wykonany  iPhone'm, publikowany w blogu "Lens" The New York Times. Prezentujący te zdjęcia, dziennikarz "Lens" James Estrin tłumaczył: " Does it really matter what camera Damon Winter used to make these beautifully composed images? I don’t think so. It’s the images that are important. Whenever possible, I avoid writing about camera gear. The photographer takes the picture, not the equipment. Few people care what kind of typewriter Hemingway used."
Wydaje się, że coś, co jeszcze dwa lata temu nazywano groźnym trendem czyli nie zwracanie uwagi na to, czym zostały wykonane zdjęcia, stanie się normą. Dopóki materiał będzie więcej niż atrakcyjny formalnie, nie widzę w tym nic złego. Nie martwię się też o to, że oprócz zawodowców jury będzie nagradzać prace amatorów, nie tworząc dla nich specjalnej kategorii. Byle zwycięskie prace były ciekawe i poruszały ważne tematy. NIech każdy ma szansę zostać Hemingway'em fotografii.
Mimo że na stronie POY pod nagrodzonymi zdjęciami nie podano nazwisk autorów udało mi się, poza wspomnianym już Winterem, rozpoznać materiał Jamesa Nachtwey'a (3 miejsce w kategorii General News, publikowany niedawno w Time Magazine) oraz fotoreportaż Tomasza Gudzowatego "Mexico's Car Frenz" ( 1 miejsce w kategorii Sports Picture Story i  1 miejsce w kategorii Sports Feature).
Czym zaskoczy nas jury WPP 2010?
Mam nadzieję, że świetnym Zdjęciem Roku, choćby wykonanym camera obscura, dlaczego nie?

14:09, cwiczeniazpatrzenia , ale klata
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 grudnia 2010
Paris Photo 2010 cz.2

Reporters sans Frontières " 100 photos by Pierre & Alexandra Boulat", Paryż, Petit Plais, fot. Łukasz Sokół

Na fali ostatnich tekstów dotykających tematu upadku prasy drukowanej ( "Epitafium dla prasy", Piotr Legutko, Rzeczpospolita, 11.12.2010 i "Jestem z kultury druku" rozmowa z prof. Marylą Hopfinger, Gazeta Wyborcza, 13.12.2010) przypomniałam sobie o jeszcze jednej wystawie, którą można obejrzeć w Paryżu do 27 lutego 2012 r. w ramach Mois de la Photo. 2010. W tym samym Petit Palais, w którym dwa lata temu zorganizowano ogromną wystawę Patricka Demarchelier, warto teraz zobaczyć prezentację Reporters sans Frontières " 100 photos by Pierre & Alexandra Boulat". Na wystawie zaranżowanej wśród klasycznych rzeźb i malarstwa eksponowanych w Petit Palais oglądamy reporterskie zdjęcia Pierre i Alexandry Boulat, ojca i córki.
Pierre zasłynął publikacjami w Life,  fotografując modę i życie codzienne Paryża. Alexandrę, współzałożycielkę agencji VII, uznano za jedną z najlepszych fotoreporterów wojennych. Wystawa "100 photos by Pierre & Alexandra Boulat" to historia fotografii prasowej. Pierre Boulat pierwsze zdjęcia publikował w latach 50., ostatnie materiały z Palestyny w 70., Alexandra realizowała ostatni materiał tuż przed swoją śmiercią w 2007 r. Narracja wystawy jest dwutorowa, pierwszą kategorią jest czas, drugą tematyka. Fotografie nie są zestawiane w pary, ale naturalnie, poprzez odpowiednią  aranżację przestrzeni, korespondują ze sobą. Nierzadko Boulat podejamowali podobne tematy. Jednak nie trudno zgadnąć kto jest autorem każdej z prezentowanych klatek. Wydaje się, że Alexandra lubiła być blisko bohaterów swoich zdjęć, choć nie zobaczymy na nich wojny w brutalnym, newsowym wydaniu, “You can show a war without showing a gun, that’s interesting — in only one photograph.” - powtarzała  w wywiadach.” Z kolei Pierre wydłużał ten dystans, może dlatego o jego fotografii można powiedzieć, że była elegancka, w pewnym sensie powściągliwa.
Nie wiem, czy wyszłam z tej wystawy mądrzejsza o wiedzę na temat życia mieszkańców Paryża w drugiej połowie XX wieku albo losy współczesnych ludzi żyjących w krajach ogarniętych wojnami.
Wiem że przez dłuższą chwilę byłam bliżej fotografowanych, poczułam powiew przepychu europejskiej stolicy mody ale i zapach śmierci na ziemiach objętych konfliktem.
To nic, że w tym celu zamiast papierowej gazety kupiłam bilet do galerii. Że zamiast towarzyszących przeglądaniu gazety kawy, radia i telewizji w tle, musiałam poczekać aż grupa młodzieży z gimnazjum obejrzy zdjęcia Alexandry Boulat z Gazy i  dopiero spokojnie przeczytać podpis pod fotografią.
Może dziś tak jest lepiej?

00:07, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 grudnia 2010
Paris Photo 2010 cz.1

André Kertész, Elizabeth and I, 1933/ Courtesy Higher Pictures/ Vintage Gallery

Relację z Paris Photo i Mois de la Photo 2010 publikuję z opóźnieniem, dlatego na początek kilka słów o wystawach, które wciąż można zobaczyć. Na pewno warto się wybrać na trwającą do 6 lutego retrospektywę André Kertésza w Jue de Paume. Podczas Paris Photo wystawę obejrzały tłumy. Każdy mógł wejść wręcz w intymny kontakt z fotografiami Kertésza, m.in. dlatego że format wielu odbitek był zbliżony do rozmiarów znaczka pocztowego. Zdjęcia można było oglądać z pomocą lupy lub z nosem przyklejonym do oprawy. Dzięki temu gigantyczna wystawa zyskała wymiar kameralny, odnosiło się wrażenie, że w Jue de Paume odbywa się tajemnicze spotkanie pasjonatów fotografii, wielbicieli talentu "surrealisty fotografii", jak mówi się o André Kertészu. Na wystawie pokazano najbardziej znane zdjęcia węgierskiego fotografa, ale również te nie publikowane, z wszystkich etapów jego kariery, a właściwie kolejnych adresów emigracji. Patrząc na te fotografie nietrudno zgodzić się z H.Cartier-Bressonem: "Whatever we have done, Kertész did first". Łatwo odnaleźć na zdjęciach Bressona, Capy, Brassai znaki wodne Kertésza. Z kolei jego styl, sposób patrzenia, wybór tematów mógł być zupełnie inny, gdyby nie spotkania i przyjaźń z Mondrianem, Legerem czy Chagallem. Na jednym ze spotkań w ramach festiwalu "Warszawa bez fikcji" odnosząc się do nie zrozumienia autorskich materiałów fotograficznych ktoś powiedział, że podobnie jest dziś z poezją pisaną w pierwszej osobie, jest zbyt osobista. Kertésza nazywano poetą fotografii, może jego geniusz polegał na rzadkiej umiejętności rejestrowania za pomocą aparatu tego co uniwersalne? W końcu wystawa w Jue de Paume to opowieść o samotności - emigranta, kochanka, artysty. I jeszcze jedno. Porażona wyjątkową precyzją, wnikliwością i czułością autora z retrospektywy wyszłam ze smutną refleksją: Komu chce się dziś tak fotografować?


Eleanor, Chicago, 1953 ,The Estate of Harry Callahan Courtesy Pace/MacGill Gallery

Jeszcze do 19 grudnia w Fundacji H.Cartier-Bressona można obejrzeć wystawę Harry'ego Callahana. Tu znowu przyjemność obcowania z genialnymi odbitkami, dowartościowująca mnie jako widza. Kameralny nastrój stworzył sam autor fotografując przestrzeń miejską w jej najjaśniejszych szczelinach bądź portretując bliskie mu kobiety, żonę i córkę. André Kertésza nazywano poetą fotografii, Callahana można postawić wśród jej kompozytorów. Każda z fotografii pokazana na wystawie to osobny utwór, jest tu wiele etiud na jeden instrument np. wśród zdjęć ulicznych, są też całe symfonie, jak te przedstawiające pejzaż. Pójście na tę wystawę to jak wizyta w filharmonii, przeżycie, które trudno zamienić na słowa.

23:13, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 listopada 2010
Paris Photo 2010

Józef Jan Glogowski, Stanislaw Ignacy Witkiewicz: Tovarisch Peresmerdlov Observing an Execution of the Mensheviks, 1931 © Stefan Okolowicz/ Jedna z prac prezentowanych na Paris Photo przez Galerię Asymetria

Wiem, wiem, obiecałam już poprawę garstce, która jeszcze się ostała wśród stale zaglądających na mojego bloga. Niektórzy narzekając na brak wpisów grozili już zanikiem pewnych mięśni, więc postanowiłam się zmobilizować. Ile będzie mnie to kosztowało wiedzą tylko pracujące mamy, reszta może sobie to tylko wyobrazić, obawiam się jednak, że podobnie jak w moim przypadku, pewne sprawy przekraczają granice ludzkiej wyobraźni...Krótko mówiąc, wybieram się jutro na Paris Photo i Mois de la photo 2010 czyli na targi fotografii i miesiąc fotografii, które odbywają się równocześnie w Paryżu. Obiecuję relację z najciekawszych wystaw i fotograficzne newsy. W tym roku tematem targów jest fotografia z Europy Centralnej, w Caroussel du Louvre będzie można obejrzeć prace blisko 90 artystów z Polski, Czech, Słowacji, Słowenii i Węgier ( TU galeria wybranych prac ). W ramach miesiąca fotografii w całym Paryżu na wielbicieli fotografii czekają setki wystaw, z pewnością zobaczę: "Harry Callahan" (Fondation Henri Cartier-Bresson), "André Kertész" (Jeu de Paume), "Larry Clark" (Musée d’Art Moderne de la Ville de Paris), "Extrêmes" (Maison Européenne de la Photographie), Raymond Depardon (Magnum Gallery), William Klein ( Polka Galerry). Po drodze, przy okazji, mimochodem zobaczę wiele innych wystaw, o których też oczywiście opowiem. Z ciekawości wybiorę się jeszcze na wystawę nie fotograficzną, Fondation Pierre Berge-Yves Saint Laurent zaprezentuje najnowsze prace Davida Hockneya, od kilku miesięcy zafascynowanego malowaniem kwiatów na iPhonie, a ostatnio na iPadzie. Interesuje mnie wpływ obu tych urządzeń na fotografię prasową, dlatego ciekawa jestem komentarzy do tych prac w kontekście współczesnego malarstwa, w które jak wiadomo fotografia od zawsze była wpatrzona. Wracam za chwilę.

15:36, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (1) »
Chwila z leikarką

Antonina Grabowska and Gori, 1930 r. / fot. Zofia Chomętowska

Wstyd przyznać, że dopiero w ubiegłym tygodniu udało mi się po raz pierwszy odwiedzić warszawską Galerię Asymetria. Być może długo zwlekałabym z tą wizytą, gdyby nie najnowsza wystawa "Leikarka", prezentująca prace z odnalezionego w Argentynie archiwum Zofii Chomętowskiej, jednej z najbardziej aktywnych fotografek dwudziestolecia międzywojennego. Jej prace można było obejrzeć w 2008 roku w Zachęcie na wystawie "Dokumentalistki - polskie fotografki XX wieku". Były to przede wszystkim zdjęcia, z którymi Chomętowska jest najbardziej kojarzona czyli powojenne fotografie ruin Warszawy oraz życie codzienne Polesia. Aktualna wystawa w Galerii Asymetria przedstawia Chomętowską jako pionierkę fotografii reportażowej, zafascynowaną małoobrazkowym aparatem Leica. W czasie gdy powstawały prezentowane fotografie dominował piktorializm, mający wynieść fotografię do rangi dzieła sztuki, a jej autora zamienić w artystę. Fotograf, na dodatek kobieta, biegająca z aparatem, stała się przedmiotem kpin i żartów. Jak pisze we wstępie do katalogu kuratorka Karolina Puchała-Rojek, sam Witold Dederko poświęcił Chomętowskiej ironiczny felieton, kreując postać Ubeli Lajkowicz, której praca polega na  "wymachiwaniu ostatnim modelem najmodniejszej kamery miniaturowej". Dziś zdjęcia "leikarki" wydają się wyjątkowo świeże, nowoczesne, naturalne. Pokazują, że Chomętowska lubiła być blisko ludzi, ale nie narzucała się swoją obecnością, świadomie wykorzystywała możliwości aparatu małoobrazkowego, ale ich nie nadużywała, obserwowała przez obiektyw Leicy życie, nie podglądając go. Chwytała chwile.

14:12, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 września 2010
Między zdjęciami-rozmowa z W.Wieteską

Z cyklu "FLIGHTS 91_08", fot. Wojtek Wieteska

Zgodnie z obietnicą załączam rozmowę z Wojtkiem Wieteską. Wystawa w Yours Gallery właśnie się skończyła, w przyszłym roku będzie ją można obejrzeć w krakowskim Muzeum Manggha.

Blik na poręczy może być interesujący
rozmowa z Wojtkiem Wieteską

Miałeś już dość Japonii?

To było takie love and hate - uwielbiałem tam jeździć i być, ale będąc na miejscu miałem uczucie, że gdybym został dłużej pewnie bym zwariował. Ten stan jest pociągający bo fascynuje mnie, że można się tam przenieść w czasie do przodu, że czuję się tam jak w rzeczywistości science fiction; a jednocześnie w przeszłości.

Czego najbardziej nie mogłeś tam znieść?

Ilości ludzi, ich społecznego sformatowania, uprzejmości, formy, przez którą ciężko się przedrzeć. Czuję się tam wyobcowany, w idealnym dystansie by fotografując móc sobie ten świat ułożyć po swojemu.

A co pokochałeś?

Piękno. Stacje metra czyste jak szpitale...

Uderza sterylność fotografowanych przez Ciebie miejsc, kojarząca się ze scenografią teatralną.

Na swój sposób tak widzę: detal i fragment, w mega chaosie rzeczywistości japońskiej, a w jej fotografii n.p. w kablach na fotografiach Arakiego.

Czego w ogóle nie chciałeś fotografować w Japonii?

W latach 90. Japonia miała problem z falą uchodźców z Iranu. Wyglądało to dosyć intrygująco; w dzień, grupy mężczyzn zalegały w parkach, jedli, strzygli się nawzajem na ulicy, głośno dyskutowali, na noc wracali do swojego obozu . Trafiłem na moment kiedy to się zaczęło, wiedziałem, że to wzorcowy temat na reportaż dla magazynu. Podobnie jak bezdomni mieszkający w kartonowych pudłach, którzy w zorganizowanych grupach pojawili się  na ulicach Tokio. Japończycy wstydzili się, że to się dzieje w miejscach publicznych, nie byli zadowoleni, że ktoś to fotografuje. Zrobiłem tylko kilka zdjęć. Już wtedy nie interesowało mnie dokumentowanie konkretnych wydarzeń, zjawisk czy warstw społecznych typu yakuza, salary man, co pewnie najlepiej się sprzedaje, bo jest takie przejrzyste. Skupiam się na osobistych obserwacjach. Japonię fotografowałem przez pryzmat tego, co o niej wiem, co czytałem, jakie widziałem filmy oraz tego wszystkiego czego nie wiedziałem. To jest punkt widzenia nie newsowy – autorski.

Mówisz, że interesuje Ciebie dystans i przestrzeń. Patrząc na zdjęcia z twoich pierwszych podróży do Japonii, wydaje się, że fizycznie byłeś bliżej ludzi, teraz fotografujesz ich z daleka, ale niemalże podglądasz ich świat.


Nie chodzi o przestrzeń tylko o relacje wewnątrz. Na zdjęciu człowieka z laską są tylko cztery elementy: stary mężczyzna, laska, żwir i biały papierek. Z kolei ta fotografia z 2008 r. jest bardziej skomplikowana, w relacji jest o wiele więcej elementów. Mężczyzna na tle starej i nowej architektury jest jak motyl przyszpilony do styropianowej planszy, tak wygląda współczesny człowiek przytłoczony przez informacje, media, operacje plastyczne itd. Rzeczywistość jest w tej chwili nieprawdopodobnie kreowana. Moja fotografia jest poszukiwaniem autentyczności, próbą pokazania, że rzeczywistość może być równie intrygująca albo nawet bardziej niż świat, który powstał w wyniku usuwania, dodawania i retuszowania. Nie mogę już patrzeć na te wszechobecne stylizacje komputerowe, wyjątek stanowią obrazy składane jak n.p. u Andreas‘a Gursky’ego. Na powiększeniach 2 x 3 m każdy piksel został przez niego uporządkowany i to jest jakiś pomysł na współczesną fotografie, akceptuję to jako proces twórczy. Jeśli jednak fotografuje się rzeczywistość, a potem się ją jeszcze maluje, stylizuje, zaczyna to przypominać drugorzędne malarstwo trzeciorzędnych uczniów Rembrandta. Ja chcę pokazać, że blik na poręczy może być interesujący.

Pokusa użycia Photoshopa, przemalowywania rzeczywistości jest dziś duża, często wynika z faktu, że autor nie wiedział, co fotografować i później szukał tego na zdjęciu. Ty fotografujesz świadomie, wiesz co chcesz pokazać, nie szukasz na fotografii czegoś, czego nie widziałeś.

Też szukam tego, czego nie widzę – bo to jest też istota fotografii, ale pomimo  prób rozkręcenia obrazu w innych kierunkach w Photoshopie, okazuje się, że to co było, to co sfotografowałem jest najlepsze.

Większość materiałów realizujesz przez lata, podobnie było z Japonią, którą fotografowałeś od 1991 r. Kiedy uznałeś, że chcesz skończyć ten projekt?

4 lata temu z niewiadomych powodów zacząłem przeglądać zdjęcia z Japonii z okresu 1991- 96. Odkryłem sporo ciekawych klatek, których nie wybrałem prezentując część projektu pt. Tokio w krakowskim Muzeum Manggha. Uparłem się wtedy, że ma ich być równo 36. Japonia ciągle mnie intrygowała, dlatego pojechałem tam jeszcze w 2008 r. Postanowiłem postawić kropkę nad „i”. Tym razem pracowałem także aparatem cyfrowym, na bieżąco sprawdzałem, co robię, czy temat się zamyka i jak?

Podczas realizacji tego projektu w fotografii zaszły duże zmiany. Część materiału zrealizowałeś analogowym aparatem na negatywie, a część cyfrą. Nie miałeś z tym problemu?

Romantyczna wersja procesów fotochemicznych mija bezpowrotnie i warto korzystać z nowych możliwości. Skoro jesteśmy tu i teraz, to po co się archaizować. Nie miałem potrzeby przebierać się za XIX  wiecznego fotografa, który wykonuje odbitki metodą gumy. Projekt przeżył różne fazy, nawet taką, że klatki z kolorowego negatywu zamieniałem na czarno-białe. 21 zdjęć kolorowych, wystawionych teraz w warszawskiej Yours Gallery pochodzi z 37, które wybrałem z ostatniego pobytu i które weszły do 4 i 5 tomu mojego japońskiego Portfolio. 1 i 2 tom, to 32 zdjęcia z projektu „Tokio” prezentowanego w 2000 r. w Muzeum Manggha. Tom 3, najgrubszy obejmuje 30 niepublikowanych fotografii czarno-białych. Cały projekt to 99 zdjęć.

Wyszedłeś od fotografii humanistycznej, która miała innym tłumaczyć świat, dla kogo sfotografowałeś Japonię?

Czasy wielkich wypraw fotoreporterów minęły bezpowrotnie, teraz mamy Internet, blogi i sondę na Marsie. Chciałem żeby ktoś przyszedł na moją wystawę, usiadł przed powiększeniami i pokontemplował je. Żeby tak, jak się wskakuje do basenu, wskoczył sobie mentalnie w jeden z moich obrazów, żeby w nim pobył i wyobraził sobie co chce. Uważam, że fotografia jest bardziej otwarta niż malarstwo, każdy może w niej zobaczyć co innego. Znalazłem gdzieś takie zdanie: ”W procesie ekspozycji fotograf znika, pojawia się widz, odbiorca i cały staje się jego widzeniem”. Gdy oglądam prace innych fotografów albo sztukę w ogóle, to sobie ją przywłaszczam. Z kolei proces dzielenia się własną sztuką bywa bolesny. Przychodzi  moment, gdy trzeba się ich pozbyć, wyrzucić z siebie. Jednocześnie, jest to moment przyjemny, bo otwierają się nowe możliwości, obraz dostaje nowe życie. Daję tym fotografiom nową ramę, w którą ktoś wskoczy albo nie i powie „było super” albo ”nie rozumiem tego”. Wtedy mam poczucie, że to wszystko miało sens, że ten mój proces konstruowania całości projektu znajduje odbiorcę.

Japońscy turyści fotografują wszystko, dopiero po powrocie do domu oglądają, gdzie byli i co widzieli. Często powtarzasz, że masz dystans do tego, co fotografujesz. Co czujesz przeglądając potem swoje zdjęcia? Co się dzieje w twojej głowie, gdy Ty wskakujesz do tego basenu, o którym mówiłeś.

Najbardziej interesuje mnie sam skok, ten moment w realu, gdy powstaje zdjęcie. Przyjemne i trudne jest poszukiwanie takich chwil w rzeczywistości, zwykle są to sytuacje nierealnie istniejace. Fotografia to jest moment, który warto zarejestrować by trochę w nim pobyć. Potem trzeba wykonać mnóstwo pracy, by doprowadzić do tego, żeby zdjęcie zawisło na ścianie. Czytałem kiedyś wywiad z Woody Allenem, którego zapytano, dlaczego w swoim wieku kręci jeszcze filmy. Na co on odpowiedział, że tak się boi rzeczywistości, że każde wejście w fikcję, jest od niej ucieczką i to go trzyma przy życiu.

Często pokazujesz ludzi w intymnych sytuacjach. Oglądając twoje zdjęcia wchodzimy w świat niuansów, czułostek, błysków światła na poręczach, uniesionych brwi, łydek znikających w przejściu podziemnym. Lubisz intrygować.


Opowiem jak powstało jedno zdjęcie, to z pokruszonymi płatkami wiśni. W piękny słoneczny dzień, jeden z nielicznych które mi się zdarzyły podczas ostatniej wizyty w Japonii, wylegiwałem się na ławce. W pewnym momencie przysiedli się syn z matką, staruszką. Usiedli i milczeli. Ona miała w rękach kwiaty wiśni, które wcierała w pomarszczone dłonie i kruszyła wokół ławki. Pomyślałem, co za scena, 90 letnia kobieta, która dotyka wiosny, życia. Całość działa się w gestach, bez słów. Zastanawiałem się jak to pokazać. Dopiero gdy odeszli, sfotografowałem ławkę z czarną dziurą, wokół której leżą te pokruszone płatki wiśni. Takie jest moje widzenie – mój styl.

Prosząc Ciebie o rozmowę napisałam w mailu, że twój japoński cykl mógłby nosić tytuł „Między zdjęciami”, nawiązując do tytułu filmu Sofi Coppoli  „Między słowami”. Rejestrujesz takie antymomenty, jak ta wystająca brew kobiety, której twarz zasłania mężczyzna, może kochanek. Mogłeś sfotografować tę parę w trakcie pocałunku albo kłótni, a tak jest tajemnica, niedopowiedzenie, przeciągnięcie chwili, napięcie, bo nie wiadomo co się wydarzy.

I to jest stan, który się osiąga będąc samemu i nie mając żadnego celu. To jest dla mnie definicja fotografii artystycznej. Fotoreporter cały czas myśli o następnym zdjęciu, fotograf mody o kolejnym outficie na modelce. Ja wybrałem inny sposób pracy, oparty na tym, że nie wiem co się stanie za chwilę, to jest mój koncept. Tak to się dzieje, ale w tym dzianiu się to jest to, co mnie najbardziej interesuje. Suspens rozgrywający się w ciszy.

21:53, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Pięknie pokazane

Water and Oil, fot. Steven Meisel/ Vogue

Do niedawna tematy społeczno-polityczne ilustrowały zdjęcia fotoreporterskie. Królował fotoreportaż, którego twórców uznawano za mistrzów fotografii prasowej. Ostatnio coraz częściej poważne tematy podejmują magazyny modowe i lifestylowe. Czy to dobrze czy źle trudno powiedzieć, nikt przecież nie zbadał wpływu tego typu publikacji np. na poziom życia w krajach Trzeciego Świata. Z pewnością czytelnicy prasy kolorowej dobrze się czują, gdy na łamach ich ulubionych pism pojawiają się tematy trudne i mało przyjemne w łatwej i bardzo przyjemnej formie. O biedzie, katastrofie ekologicznej czy skutkach anomalii pogodowych można wtedy spokojnie poczytać przy porannej latte z croissantem. Wszyscy świetnie się z tym czują: redakcja magazynu wypełniająca rolę informacyjną, czytelnicy którym wzrasta poziom wrażliwości na nieszczęścia tego świata oraz autorzy zdjęć nagle awansujący z pozycji niegdyś mniej cenionych fotografów mody do artystów czyli więcej niż fotoreporterów.....
Najlepiej z tego towarzystwa mają się reklamodawcy, którzy nie muszą się już martwić tym, że reklama ich najnowszego zapachu pojawi się w towarzystwie zdjęć pachnących biedą i nieszczęściem. Teraz zdjęcia poruszające takie tematy wyglądają pięknie, wręcz ekskluzywnie.
Myślę o tym oglądając najnowszą sesję Stevena Meisela we włoskim Vogue, fotografie Nataszy Urbańskiej i Janusza Józefowicza z Indii oraz sesję Hanny Gronkiewicz-Waltz autorstwa duetu Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek, publikowane niedawno w Vivie.
Sesja a właściwie spektakl Meisela zwraca uwagę na temat, który od kilku miesięcy nie znika z pierwszych stron gazet. Czy poruszy sumienia czytelników skupionych na wyborze torebki za kilka czy kilkanaście tysięcy dolarów? Nie sadzę.

fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/ Viva

Materiał z Indii miał uspokoić czytelników Vivy, że kariera Nataszy Urbańskiej toczy się w zawrotnym tempie, że aktorka, której nie udało się wygrać telewizyjnego show w Polsce, lada moment stanie się gwiazdą Bollywood. Już teraz Natasza porusza się po indyjskich slamsach w lektyce przyznając: "Nie udaję, że jestem Hinduską, ale może trochę je przypominam". Z rozmowy dowiadujemy się też jakie według aktorki są Indie: "Bardzo biedne i bardzo bogate. Ludzie są niesłychanie ubodzy, na ulicach chmary dzieciaków żebrzą o grosik, wsadzają głowy do taksówki: „Daj, pani, daj, pani”. A jednocześnie po tych biednych ulicach chodzą kolorowe kwiaty – kobiety ubrane w sari, niesamowicie piękne. Tak zapamiętałam Bombaj: szarość, bieda i jej zapachy, a dla przeciwwagi dobroć, serdeczność i jaskrawe kolory ubrań Hindusek. Szkoda, że nie mieliśmy czasu na zwiedzanie, poznawanie indyjskiej kultury. Nasz program był bardzo napięty." Sesja jest wyrazem ignorancji jej producentów i autorów zdjęć, którzy podobnie jak sama bohaterka nie mieli czasu poznać kultury i historii Indii. Pomysł na fotografowanie wystylizowanej aktorki w slamsach jest równie kuriozalny co zrobienie zdjęć wschodzącej gwiazdki Bollywood na tle terenów popowodziowych w Polsce.
Przesada? Skądże, wystarczy spojrzeć na zdjęcie Prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz na wałach przeciwpowodziowych na Wiśle.

fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/ Viva

Ładnie zaświecone, wystylizowane i skomponowane. I jeszcze podpis: "Przez trzy tygodnie na nogach od rana do nocy. Stany alarmowe na Wiśle przekroczone o półtora metra, komunikaty: woda ciągle się podnosi, dziesiątki trudnych decyzji, groźba ewakuacji tysięcy mieszkańców. Po akcji strażacy powiedzieli: „Dobrze się z panią pracuje”.

Jaka piękna katastrofa....

21:08, cwiczeniazpatrzenia , jaka piękna katastrofa
Link Komentarze (9) »
czwartek, 19 sierpnia 2010
Krzyż iPhonem czyli krótka historia pewnej okładki

Okładka Tygodnika Powszechnego z 15 sierpnia 2010 r.

I stało się. Zdjęcie z iPhona, autorstwa profesjonalnego fotografa, trafiło na okładkę polskiego magazynu.
Fotografię najsłynniejszego dziś krzyża wykonał Rafał Milach, a opublikował "Tygodnik Powszechny".
Na pierwszy rzut oka zdjęcie wydaje się zwyczajne, choć przypomina klatkę z wciąż modnej Holgi. Podobnie można było skadrować wiele z tysiąca zdjęć, które od tygodni powstają na Krakowskim Przedmieściu. Ale to było gotowe, na dodatek trafiło do oferty agencji Forum. Do tytułu "Kwadratura krzyża" pasowało jak ulał mimo że to przypadek.
Zdjęcia zamówiła u Rafała agencja, autor zrealizował temat niechętnie, nie chciał uczestniczyć w akcji pod krzyżem.
R.Milach już od jakiegoś czasu fotografuje iPhonem, za pomocą aparatu w telefonie zrealizował swój ostatni projekt o Islandii. Komentując publikację w "TP" w swoim blogu napisał, że zdjęcia powstają w głowie, w rozmowie ze mną dodaje, że narzędzia nie są dla niego najważniejsze. - Zdjęcia telefonem powstają mimochodem, na luzie, robiąc je nie myślę o tym, co się z nimi dalej stanie, kto je opublikuje.
Wyszło oryginalnie, okładka robi wrażenie. Ciekawe tylko co tym myślą fotoreporterzy, obwieszeni kilkoma aparatami, od kilku tygodni namiętnie dokumentujący losy krzyża pod Pałacem Prezydenckim.

15:54, cwiczeniazpatrzenia , ale klata
Link Komentarze (9) »
wtorek, 17 sierpnia 2010
Nowy Jork w Krakowie

Luxury ocean liner Queen Mary steaming down the Hudson River in 1946, fot. Andreas Feininger

Nie przepadam za bezludną fotografią, dlatego na wystawę Andreasa Feiningera w krakowskim MCK wybrałam się bez entuzjazmu. Zupełnie niepotrzebnie. Wystawa "Nowy Jork, lata czterdzieste" to nie tylko prezentacja porywających pejzaży miejskich ale również historia architektury jednej z najpiękniejszych metropolii na świecie. Na 94 czarno-białych fotografiach Feiningerowi udało się uchwycić ducha miasta, już w latach czterdziestych tonącego w sięgających nieba budowlach, do których ludzie zdają się być tylko dodatkiem. Widać, że Andreas Feininger, syn malarza, Europejczyk zakochał się w Nowym Jorku od pierwszego wejrzenia. Wracał do tych samych miejsc o wszystkich porach dnia i roku, fotografował je z różnych perspektyw, z zachwytem. Zdjęcia nowojorczyków nie są zbyt efektowne, co nie przeszkadza by traktować je jako doskonały dokument czasu.
"Fotografia-język postrzegania - jest moim środkiem wyrazu.Wypełnia ona lukę między językiem mówionym a pisanym, dlatego jest idealnym sposobem porozumiewania się na całym świecie."- napisał w jednej ze swoich książek autor.
Niewielu udało się tak pięknie opowiedzieć i napisać o Nowym Jorku, jak sfotografował go ponad pół wieku temu Andreas Feninger.

Galeria Międzynarodowego Centrum Kultury
Kraków, Rynek Główny 25,
3 lipca - 29 sierpnia 2010

20:21, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 lipca 2010
Czarny paszport

Paris 1986 r./Black passport/Stanley Greene

Ktoś zapytał mnie czy mogłabym polecić na wakacje ciekawą książkę o fotografii.
Sama chętnie przeczytałabym np. "Historie fotografii w Polsce 1839–2009" Adama Mazura albo "Widok cudzego cierpienia" Susan Sontag, choć nie są to z pewnością książki łatwe, lekkie i przyjemne, które można zabrać na wczasy pod gruszą. Wczesną jesienią warto jednak do nich zajrzeć.
Całkiem niedawno przeczytałam kapitalną autofotobiografię reportera wojennego Stanleya Greene'a pt."Black passport". To również nie jest lektura typowo wakacyjna, ale niezwykle wciągająca. Wydana w 2009 r. przez Aperture książka, jest efektem wielogodzinnych rozmów S.Greene'a i Teuna van der Heijdena. Fotoreporter nie ulega pokusie czynienia z siebie bohatera, bywa może zbyt szczery, ale nie na tyle by zniechęcić nas do wysłuchania jego zwierzeń. Narracja jest podzielona na sceny i zaczyna się w 1986 r., gdy Stanley wyrusza z Nowego Jorku do Paryża, by na chwilę zająć się fotografią mody. Sceny z życia prywatnego przeplatają się w opowieści Green'a ze wspomnieniami zawodowymi, właściwie trudno powiedzieć czy jest między nimi jakaś granica, te dwie sfery życia w biografii reportera są wręcz nierozłączne. Jest to też podstawowy problem Greene'a, który przez lata próbuje pogodzić życie fotoreportera wojennego z codziennością. Czy w ogóle jest to możliwe? Odpowiedź znajdziecie w pasjonującej, pełnej autoironii opowieści twórcy agencji Noor. Dodam jeszcze, że oddzielną historię tworzą w tej książce fotografie S.Greene'a, przemieszane-od tych bardzo prywatnych przez najbardziej znane zdjęcia wojenne. Już dawno nie miałam w rękach tak zaskakująco wyedytowanej książki, gdzie tekst i zdjęcia tak doskonale ze sobą współgrają.

22:03, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (11) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37