świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
środa, 23 listopada 2011
Dlaczego nie wszyscy muszą robić zdjęcia

fot. Erik Kessels/Flickr/Foam


Na wystawie „What's Next? The Future of the Photography Museum” w Foam w Amsterdamie duński artysta Erik Kessels zaprojektował pokój po sufit wypełniony ponad milionem zdjęć, które w ciągu 24 godzin publikuje się na Flickerze. W opisie pracy pojawia się kilka ciekawych informacji, m.in. ta o aktualnej ilości zdjęć umieszczonych na wspomnianym portalu - to –uwaga, uwaga – ponad 6 miliardów fotografii. Tyle samo zdjęć dodają co dwa miesiące użytkownicy Facebooka.
W tekście „Prosto z ulicy dźwięki” ("Przekrój" z 21 listopada) Kuba Dąbrowski pisząc o otwartej w ubiegłą sobotę w Warszawie wystawie „Street Photography Now” przypomina definicję fotografii ulicznej i proponuje: „Na koniec porada: zamiast wracać z pracy autobusem jak zombie, włóż do kieszeni aparat i popatrz na świat z zainteresowaniem. Popatrz na światło, popatrz na ludzi.”
Nie fotografuj wszystkich i wszystkiego, co więcej - nie publikuj tych zdjęć wszędzie ani wszystkim ich nie wysyłaj – dodaję od siebie.
W słynnym eseju „O fotografii” do ekologii obrazu wiele lat temu nawoływała Susan Sontag. Nie tylko w tej kwestii wyprzedziła myślenie o współczesnej fotografii.

23:12, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2011
Warszawa w korekcie

Fotografia Zofii Chomętowskiej w okolicy klubu „Cud nad Wisłą“ w Warszawie, projekt Karoliny Breguły "Fotografia korekcyjna"

Na życzenie tych, którzy nie czytają już papierowych gazet, a w sieci toną w morzu tekstów załączam moją rozmowę z Karoliną Bregułą, którą niedawno opublikowała Gazeta Stołeczna.

Mogłabyś się zaprzyjaźnić z Zofią Chomętowską, przedwojenną fotografką, której zdjęcia z Warszawy wykorzystałaś w swoim projekcie „Fotografia korekcyjna”?

Karolina Breguła:Jeśli dzisiejsza Zofia Chomętowska byłaby podobna do tej przedwojennej mogłoby to być trudne. Ja i Chomętowska w moim wieku bardzo się od siebie różnimy.Ona cieszyła się rzeczywistością wokół siebie, ja się często przeciw niej się buntuję. Ona była fotoreporterką i dokumentowała zastaną rzeczywistość, a ja na nią reaguję, moje prace to głównie interwencja i kreacja. Ona była arystokratką wiodącą luksusowe życie, ja, wręcz przeciwnie, zamiast dobrze płatnego etatu wybrałam działalność artystyczną, przez co ledwo wiążę koniec z końcem i daleko mi do luksusów. Z Chomętowską łączy mnie miłość doWarszawy, do miasta w ogóle. Nie sadzę by udało nam się wspólnie pracować, ale może chodziłybyśmy razem na spacery?

Jak wyglądała praca z archiwum Zofii Chomętowskiej, sama wybrałaś zdjęcia, które możemy teraz oglądać w różnych miejscach Warszawy?

Karolina Lewandowska z Fundacji Archeologia Fotografii, zaprosiła mnie do projektu „Żywe archiwa“, w ramach którego współcześni artyści pracują z dorobkiem klasyków fotografii. Dostałam do obejrzenia tysiące skanów zdjęć Zofii Chomętowskiej. Wszystkie kompletnie przemieszane, pozbawione kontekstu i chronologii, co wynikało z tego, że sama fotografka tak je przechowywała – w formie negatywów pociętych na pojedyncze klatki. To w rezultacie zdecydowało o charakterze mojego projektu. Postanowiłam te reporterskie zdjęcia, które przedstawiają konkretne osoby w konkretnym miejscu i czasie uwolnić od ich pierwotnej treści i poprzez umieszczenie ich w zmienionym kontekście, nadać im nowe znaczenia. Chomętowska dużo fotografowała Warszawę. Zrobiła między innymi całą serię zdjęć powojennych ruin i odbudowy miasta. Większość tych zdjęć wykonywała na zamówienie, pokazywano je później na propagandowej wystawie „Warszawa oskarża“. Oglądając jej prace natrafiłam na skany zeszytów, do których wklejała wszystkie zdjęcia dokładnie je opisując. Poruszyła mnie czułość z jaką realizowała te prace. Uznałam, że powinnam dać szansę twórczości Chomętowskiej, by jeszcze raz wypowiedzieć się na temat Warszawy. „Fotografia korekcyjna” to rodzaj komentarza do współczesnego miasta.

Uciekający nagi mężczyzna, kobieta obmywana po kąpieli błotnej w sanatorium, człowiek nad talerzem zupy w barze m.in. te fotografie Chomętowskiej umieściłaś w różnych punktach stolicy, nad Wisłą, w modnej kawiarni, na dworcu. Jakiej spodziewasz się reakcji ludzi?

Mam nadzieję, że przypomnienie zdjęć Chomętowskiej wywoła w przechodniach tęsknotę za tym, czego dzisiaj w mieście nie mamy; że wzbudzę nimi refleksję o naszych najprostszych potrzebach, o których zapominamy przyzwyczajeni już do tego, że miasto ich nie spełnia. Fotografia nagiego mężczyzny, którą umieściłam na ulicy Oboźnej może na przykład stać się pretekstem do rozmowy o mieście, które stało się miejscem zakazów. Chciałabym, żeby miasto dawało mi wolność. I nie chodzi mi tutaj o to, że chcę biegać nago po Śródmieściu. Pragnę móc usiąść na kocyku w każdym parku bez obawy, że zaraz wygoni mnie straż miejska, albo móc z ulicy Gagarina jeździć do centrum na rowerze przez zielone i pachnące Łazienki, zamiast podróżować wśród spalin, blisko zakorkowanych ulic.

Podobnie z zabawą w fontannach miejskich, znajomi z dziećmi żałują, że nie można się w nich bezkarnie bawić.

To prawda. Człowiek potrzebuje kontaktu z wodą. Na całym świecie mieszkańcom dużych miast służą do tego fontanny, w których jest czysta woda i do których można wchodzić, jeśli tylko ma się na to ochotę. Warszawiacy nie mogą zanużyć się w fontannie, nie mogą kąpać się w Wiśle, nawet możliwość dojścia do Wisły tylko po to, żeby na nią popatrzeć mają ograniczoną. Dlatego w okolicy klubu „Cud nad Wisłą“ umieściłam fotografię Chomętowskiej, przedstawiającą mężczyznę pijącego wodę z rzeki. To symboliczne zdjęcie, którym chciałam przypomnieć o naszej naturalnej potrzebie obcowania z wodą.

Jaką tęsknotę mogłaby wzbudzić fotografia mężczyzny nad miską zupy, którą przypominasz w kawiarni Chłodna 25?

Tęsknotę za tanim jedzeniem. Rozmawiałam dzisiaj z pewną emerytką, która cieszyła się, że mamy w Warszawie tak dużo nowych lokali z przyjemnymi ogródkami, gdzie można coś zjeść, ale przyznała, że są dla niej za drogie, by mogła bywać w nich z koleżankami, bo zwyczajnie ich na to nie stać. Znikają bary z prostym, niedrogim jedzeniem, a my tracimy przez to możliwość spotykania się z przyjaciółmi na spontanicznym obiedzie.

Chomętowskiej nie spodobałoby się współczesne miasto?

Nie mam pojęcia, kim Chomętowska byłaby dzisiaj i co by myślała. Może chodziłaby do drogich restauracji i ubierała się w jednym z eleganckich butików przy Mokotowskej? A może byłaby fotoreporterką Gazety Wyborczej, nosiła spodnie bojówki i na obiad jadła co najwyżej kababa przy Bajce? Tak czy inaczej pewnie lubiłaby swoją Warszawę, jakakolwiek by ona nie była.

Jedną z fotografii Zofii Chomętowskiej można umawiając się wcześniej telefonicznie obejrzeć w Twoim mieszkaniu.

Tak, to fotografia podobna do tej przedstawiającej mężczyznę jedzącego zupę. W moim niewielkim salonie, będącym równocześnie sypialnią, kuchnią i pracownią, powiesiłam fotografię kilku osób siedzących przy stole, spożywających prosty posiłek. Wbrew pozorom nie jest to osobista część projektu. Jestem trzydziestokilkulatką jakich wiele. Mam ogromny kredyt na mieszkanie, który będę spłacać do końca życia, bardzo dużo pracuję i niewiele
zarabiam. Posiłek na zdjęciu w opozycji do braku środków do życia, ma zwracać uwagę na niewłaściwą politykę mieszkaniową naszego miasta. Kłopoty finansowe, które ma wiele osób podobnych do mnie są czymś, o czym wszyscy wiemy, ale rzadko mówimy szczegółowo. Uważam, że to musi się zmienić, to nie może być temat tabu. Mam nadzieję, że fotografia w mojej pracowni stanie się świadkiem rozmów o tym, prowadzonych przy okrągłym stole, który pamięta czasy Chomętowskiej.



16:33, cwiczeniazpatrzenia , galeria
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Zdjęcia z odzysku czyli kto dziś widzi więcej

8,799661 Suns From Flickr (Partial) 3/8/11, fot. Penelope Umbrico /Courtesy of the artist /Copyright Rencontres Arles


„Teraz my występujemy w roli wydawców. Wszyscy przetwarzamy, wycinamy, miksujemy, przesyłamy. Możemy tworzyć obrazy na wiele sposobów. Wszystko czego potrzebujemy to jedynie: oczy, rozum, aparat fotograficzny, telefon, laptop, skaner i punkt widzenia. Kiedy nie edytujemy, tworzymy.Tworzymy więcej, niż kiedykolwiek przedtem, ponieważ nasze źródła są nieograniczone a możliwości nieskończone. Mamy internet pełen inspiracji: głębi, piękna, niepokoju, absurdu, banału, żargonu i intymności. Mamy niepozorne aparaty, rejestrujące najjaśniejsze światło i najciemniejszą ciemność. Potencjał technologiczny pobudza kreatywność. Zmienia też nasze myślenie o tworzeniu, przypominjącym zabawę, opartą na zamianie starego w nowe i uszlachetnianiu tego, co pospolite. Dzieło z przeszłością wygląda jak współczesne.Chcemy nadać takiej twórczości nowy status. Od teraz wszystko będzie już inne...“ – oświadczyło pięciu kuratorów w manifeście towarzyszącym jednej z najciekawszych i najczęściej krytykowanych wystaw „From here on..", prezentowanej podczas trwającego do 17 września festiwalu fotografii we francuskim Arles.
Po blisko dekadzie od powstania Google Images, siedem lat po udostępnieniu Google Maps i Flickera każdego dnia w przestrzeni wirtualnej pojawia się tysiące nowych fotografii. To głównie zdjęcia rodzinne, z wakacji, imprez, te najbardziej banalne i  absurdalne, intymne, udane i nieudane, amatorskie, w tym takie, których nie powstydziłby się żaden współczesny artysta, pojedyncze oraz złożone z kilku i kilkudziesięciu innych, podpisane nazwiskiem autora, ale też anonimowe, bezpańsko plątające się w sieci, przywłaszczone przez innych, zmanipulowane w photoshopie, skadrowane, pocięte. Można je oglądać bez końca, Internet to przecież jedna wielka galeria fotografii.
Czy kogoś, kto zbiera "fotki z netu", można nazywać artystą? Co z prawem autorskim, wykorzystywaniem fragmentów zdjęć innych do tworzenia nowych fotografii, kopiowaniem cudzych pomysłów? Jak dygitalizacja i dostępność fotografii wpływa na jej jakość i treść? Czy jeszcze warto dzielić autorów zdjęć na amatorów i profesjonalistów? Co się stanie z fotografią, którą nie wychodząc z domu, potrafi dziś zrobić i opublikować każdy? Na te i podobne pytania szukali odpowiedzi kuratorzy pokazywanej na festiwalu fotografii w Arles wystawy "From here on...": Clément Chéroux, historyk fotografii i kurator paryskiego Centre Pompidou; Martin Parr fotograf słynnej agencji „Magnum“; Eric Kessels – dyrektor kreatywny agencji KesselsKramer oraz wydawca albumów fotograficznych; Joan Fontcuberta, artysta konceptualny, pisarz i wykładowca; Joachim Schmid, artysta od dwóch dekad zajmujący się fotografią znalezioną m.in. w Internecie.

NATO Storage Annex, Coevorden, fot. Mishka Henner /Courtesy of the artist/Copyright Rencontres Arles


Na wystawie można obejrzeć prace 36 artystów. Wiele z nich to wydobyte z sieci cykle fotografii o podobnej tematyce. - Jaki sens ma robienie kolejnej fotografii zachodu słońca, skoro jedno kliknięcie myszki daje nam dostęp do miliona takich zdjęć w internecie - pyta Amerykanka Penelope Umbrico prezentująca ogromną fotografię - patchwork złożony z niezliczonych zdjęć zachodów słońca. Corinne Vionnet ze Szwajcarii zgromadziła zdjęcia amatorskie opublikowane w Google'u i na Flickerze, przedstawiające popularne miejsca turystyczne na świecie. Artystka zauważyła, że większość z nas fotografuje tak samo, wybieramy podobny, centralny kadr, na tej samej wysokości komponujemy linię horyzontu. 200-300 zdjęć m.in. wieży Eiffel'a, placu Czerwonego czy Koloseum nałożyła na siebie, tworząc efektowne, wielkoformatowe kolaże.

Photo Opportunities, fot. Corinne Vionnet /Courtesy of the artist/Copyright Rencontres Arles

Określający się mianem "fotografa fotelowego" Szwajcar Kurt Caviezel wyszukuje zdjęcia wykonane przez kamery internetowe. Swoją absurdalną kolekcję podzielił na dwie kategorie, "insekten" to zdjęcia, na których w kadrze pojawiają się owady oraz "vogel", na których część kadru zasłania ogon ptaka. Pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi na beznamiętne, rzetelnie wykonane panoramy miast uchwycone przez kamery internetowe, gdyby nie ich niedoskonałość, zakłócenie, które intryguje Caviezela. Serię cieszącą się nieustannym zainteresowaniem widzów stworzył holenderski fotoedytor Frank Schallmaier, który pozbierał w sieci zdjęcia penisów, których właściciele, dla podkreślenia skali, fotografowali je m.in. z paczką papierosów, telefonem komórkowym, puszką po piwie czy patyczkiem do czyszczenia uszu.
Kilku autorów poruszyło w swoich projektach kwestię percepcji fotografii w dobie cyfryzacji obrazu. Hermann Zschiegner z Niemiec zwrócił uwagę na jakość zdjęć, z którymi na co dzień spotyka się przeciętny użytkownik Google‘a. Tę samą fotografię Walkera Evansa, słynny portret Allie Mae Burroughs, której twarz stała się symbolem amerykańskiej Wielkiej Depresji, pokazał na 26 wydrukach, z któryh część stanowiły reprodukcje zdjęcia Evansa, a pozostałe to poddane modyfikacjom kopie tej fotografii autorstwa Sherrie Levine, artystki znanej z używania prac innych. Wśród dobrej jakości skanów Evansa znalazły się rozpikselowane, nieostre obrazy Levine, które obejrzy w sieci internauta nie zawsze zorientowany np. w historii sztuki. Który obraz zostanie mu w pamięci jako oryginał? – zastanawia się Zschiegner.

Nancy Bean z aparatem, fot. Christian Allen /Courtesy of the artist/ Copyright Rencontres Arles


Nowe technologie to przede wszystkim nowe możliwości - podkreślają twórcy wystawy. Brytyjka Christian Allen wyposażyła w aparat fotograficzny swojego kota - Nancy Bean, który obfotografował najbardziej niedostępne dla swojej właścicielki okolice Plymouth. Jon Rafman z Kanady wykonał screenshoty z filmów realizowanych przez kamery uliczne Google'a, dokumentując życie prostytutek na ulicach Włoch i Hiszpanii. Seria oparta na identycznym pomyśle co cykl Rafmana została wyróżniona w tegorocznej edycji prestiżowego konkursu World Press Photo. W profesjonalnym świecie fotografii odebrano ją jako sygnał, że coraz częściej liczy się dziś forma zdjęć oraz jej temat niż jej jakość czy sposób wykonania.

Valassa, Rho, Lombardy, Italia, Google street view, fot. Jon Rafman / Courtesy of the artist / Copyright Rencontres Arles


Wystawa "From here on..." reklamowana jest jako opowieść o współczesnym świecie opowiedziana przez zwykłych ludzi, nie artystów, pisarzy, reżyserów czy dziennikarzy. - Nie twierdzimy, że odkryliśmy coś nowego, ale te fotografie to znak naszych czasów, efekt eksploracji nowych mediów - mówi Erick Kessels, jeden z kuratorów. - To nic, że ich oczy nie są pierwszymi, które realizują zobaczone obrazy, a ich prace to efekt oglądactwa, miksowania, multiplikowania, kopiowania i kolekcjonowania zdjęć, których autorem był ktoś inny. Chcieliśmy docenić kreatywność użytkowników sieci zafascynowanych cyfrowymi obrazami - dodaje Clément Chéroux, przypominając o zbliżającej się setnej rocznicy powstania idei "ready made" Marcela Duchampa, która podobnie jak dziś internet stała się inspiracją dla kolejnych pokoleń artystów. Analizując projekty oparte na zdjęciach zebranych w sieci mogłoby się wydawać, że w dobie fotografii cyfrowej i ogromnej popularności portali społecznościowych tyle o sobie wiemy, ile pokażemy i znajdziemy w internecie. Na szczęście wciąż powstają fotografie, które można zrobić tylko po opuszczeniu wygodnego fotela, w trakcie spojrzenia drugiej osobie prosto w oczy albo postawieniu stóp na piasku w najbardziej kiczowatych okolicznościach przyrody.

Dla tych, którzy chcieliby zobaczyć w Arles coś więcej niż zdjęcia, które na co dzień oglądają w sieci, czeka mnóstwo ciekawych wystaw, w tym m.in. sprowadzona z Nowego Jorku "Mexican Suitcase" z odkrytymi fotografiami wojennymi Roberta Capy, Gerdy Taro i Chima (Davida Seymoura) czy pokazywana w ramach prezentacji fotografii meksykańskiej seria zdjęć Enrique Metinidesa "101 tragedies", nazywanego meksykańskim Weegem, który jak jego amerykański kolega namiętnie dokumentował wypadki, katastrofy, samobójstwa i inne drastyczne sceny uliczne. Warto też zajrzeć na ogromną wystawę zdjęć publikowanych w "The New York Times Magazine" od początku powstania pisma.




12:09, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 czerwca 2011
Zapiski Patrzacza


fot.Bogdan Dziworski


Właściwie cała nasza rozmowa dotyczy strzałów. Nieprzerwanej gotowości do ich oddania, refleksu, wyczucia „sprawy”, ilości wychodzonych w tym celu godzin. Bo  niby wiadomo jak to działa, ale też nie ma reguły, czasem trzeba oddać strzał wcześniej, jakby przechytrzyć los. Rozmawiamy o tym, co faktycznie jest na jego zdjęciach, a nie o tym, czego nie udało się pokazać i co wyjaśni rozbudowany podpis albo filozoficzny tekst kuratorski. Wystarczy informacja: Polska, Nowy Jork, Meksyk, Bułgaria itd. Reszta jest na fotografii: namiętność, intryga, tęsknota, radość, beztroska, wstyd, melancholia i więcej, jeśli ktoś chce. Kilka wielkich i kilka małych spraw, z których układa się obraz życia wtedy, ale też dziś. Zmieniają się tylko dekoracje, człowiek pozostał ten sam. I jest najważniejszy, bez niego nie ma zdjęcia. Między słowami pojawia się dygresja dotycząca szczęścia. Trzeba je mieć. I już. Może jeszcze styl. Gdy wszyscy fotografują, bez niego ani rusz.
Wycieczki osobiste raczej nie wchodzą w grę, dopytywanie o „podchody” damsko-
męskie dawniej- nie ma sensu. Próbuję coś ustalić w kwestii tzw. cienkich spraw, chcę się dowiedzieć, jak kiedyś wyglądał podryw, miłość w ogóle. Nic. Na koniec z pewną taką nieśmiałością zadaję pytanie, którego nie powstydziłaby się dziennikarka kolorowego pisma: Najgłupsza rzecz, którą zrobił pan jako zakochany mężczyzna? Tu wreszcie coś, nawet konkret, choć niecenzuralny, ale mam zgodę na publikację.
Finał. Gdzieś między drugim podwójnym espresso a latte-wyznanie, rodzaj motta, że fotografowanie to myślenie. Ciekawe kto dziś zrozumie, co autor miał przez to na myśli?

Oczywiście rozmawiam z Bogdanem Dziworskim, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości.

W KAŻDEJ CHWILI JESTEM GOTOWY DO STRZAŁU

B.Ł. Skąd się wzięły zdjęcia, które oglądamy na wystawie „Podchody i inne gry
towarzyskie” w warszawskiej Leica Gallery?

B.D.: Powierzyłem swoje archiwum polskiemu przedstawicielowi Leiki. Oni archiwizują i katalogują moje negatywy, sami wybierają zdjęcia, które chcą pokazać publiczności. Wystawa „Podchody i inne gry towarzyskie” to pierwsza odsłona naszej współpracy. Będą kolejne projekty, być może album. Wróciłem też do fotografowania, znowu spędzam kilka godzin dziennie na ulicy, z analogową Leiką.

Czy robiąc te zdjęcia 30 lat temu myślał pan o konkretnym temacie?

Fotografowałem wszystko, co działo się na ulicy. Dziś ludzie z Leiki oglądają moje negatywy i wybierają kadry, których sam bym nawet nie zauważył. Układają wystawę, zestawiają ze sobą konkretne zdjęcia. Te fotografie mają pewne niedoskonałości, powstawały na starych negatywach, wiele lat leżały w nieodpowiednich warunkach, widać na nich ziarno. Ku mojemu zaskoczeniu to wpływa na ich treść. A temat? Trzeba go wyczuć, ale trzeba też mieć szczęście. Niektóre kadry mogą się komuś wydawać podejrzane, zostały wykonane w najlepszym momencie. Na tym właśnie polega szczęście, potrafię uchwycić to, co wydawało się nie do uchwycenia.

Trzeba też dużo chodzić, do znudzenia powtarza pan swoim studentom.

Tak, żeby osiągnąć wymarzony efekt te kilka godzin dziennie trzeba wychodzić. Kto chodzi, ten wychodzi.

Dlaczego wraca Pan do fotografowania?

Mam kilka projektów filmowych, które z powodu funduszy czekają na realizację, nie chcę marnować czasu.

I jak za dawnych lat zajął Pan sobie miejsce w kawiarni z najlepszym widokiem na ulicę. Pierwszy plan czyli opuszczany, pofalowany dach kawiarni posłuży jako „rama” zdjęcia, kontroluje Pan sytuację.

Myślałem że trudno mi będzie wrócić do robienia zdjęć, ale powoli się rozkręcam. Może coś z tego będzie, może nie, najważniejsze, że dobrze się z tym czuję, jestem w swoim świecie. Pracuję na negatywie, dopóki tego nie wywołam, nie będę widział, czy oddałem dobry strzał. Wywołuję negatywy hurtowo, co kilka tygodni, przeglądam je i odkrywam sytuacje, o których już zapomniałem. To fantastyczne.

Jak reagują na Pana ludzie?

Różnie, zdarza się, że protestują albo są nieprzyjemni. Nie dyskutuję z nimi, po chwili przestają zwracać na mnie uwagę.

Kiedyś było inaczej?

Tak samo, choć facet z aparatem był atrakcją. Dziś każdy ma aparat w kieszeni, w telefonie.

I wszyscy fotografują, każdy może zostać fotografem?

Każdy, ale liczy się styl, sposób patrzenia, wrażliwość. Mając zautomatyzowany aparat każdy może zrobić zdjęcie, ale większość nie zastanawia się jak je zrobić. Osobiście wolę sobie wszystko ustawić. Pracuję na jednym obiektywie, gdy widzę ciekawą scenę, muszę ustawić sobie ostrość, stanąć w odpowiedniej odległości, zorganizować kadr, ocenić światło. Muszę pomyśleć i to myślenie mnie mobilizuje do pewnych działań, które wpływają na treść zdjęcia.

Co dziś Pana interesuje w fotografii?

Człowiek, to się nie zmieniło od początku. Dlatego fotografuję na krótkich czasach, żeby uchwycić autentyczność sytuacji, żeby nie fałszować rzeczywistości. Staram się być czujny, w każdej chwili jestem gotowy do strzału.

Liczy się refleks.

Zdarza się, że robię zdjęcie, zanim zdążę o nim pomyśleć.. Coś się dzieje, robię zdjęcie z biodra, nie wiem czy coś z tego wyjdzie, zobaczę to dopiero na odbitce. Na tym polega tajemnica tego typu fotografii. Niby panuję nad sytuacją, strzelam, wydaje się że „mam”, a na zdjęciu widać, ze to nie jest to. Innym razem jest odwrotnie, myślę, że nic nie zrobiłem, źle nastawiłem ostrość, za późno podniosłem aparat, patrzę na negatyw i jest! Nie ma reguły. Jak mówił Cartier Bresson: „Było, minęło i nie ma”. Muszę być czujny, dana sytuacja się nie
powtórzy, trzeba ją schwycić.

Powiedział pan kiedyś, że dobre zdjęcia się nie starzeją. A uczucia?

Przy dobrej diecie uczucia też się nie starzeją.

Co to za dieta?

Żyję chwilą, nie przepuszczam przez umysł takich rzeczy. Teraz wszyscy tak chętnie do wszystkiego się odnoszą, przeżuwają te wielkie sprawy, wylewając przy tym z siebie mnóstwo okrągłych zdań. Ja nie jestem czytaczem tylko patrzaczem, trzeci rząd, bilet ulgowy, obiad za 7 zł.

I co ten „patrzacz” z Leicą w pełnej gotowości wypatrzył w życiu?

Co wypatrzone, to moje. Reszta to literatura, tam jest tego dużo. Czasem uda się zrobić zdjęcie warte, jak ktoś powiedział 1000 słów. Można je sobie potem powiesić na ścianie, pomyśleć o tych wszystkich ważnych sprawach, dojść do pewnych wniosków, ale nie filozofować zbytnio, raczej to poczuć.

Najgłupsza rzecz jaką zrobił Bogdan Dziworski jako zakochany mężczyzna?

Ożeniłem się! I to trzy razy.

Nie wiem, czy możemy to wydrukować?

Oczywiście, wyłączając ostatnie małżeństwo, to się zgadza.



13:13, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 czerwca 2011
Przygoda intelektualna z MFK

Lester B.Morisson, Broken Manual, ujęcie z wystawy w Walker Arts Centre, Mineapolis, 2010

Całkiem możliwe, że sukces zakończonego właśnie Miesiąca Fotografii w Krakowie polegał na tym, że można go było przeżyć wcale nie ruszając się z domu. Obejrzałam festiwal "na żywo", a w pociągu z Krakowa przeczytałam katalog od deski do deski. Mimo że wciąż trudno mi w to uwierzyć - to drugie było o niebo ciekawsze. Nie uważam że to źle, przyznaję tylko, że mam z tym kłopot. Wszystko dlatego, że tegoroczny MFK, którego tematem był oparty o koncepcję heteronimu „Alias”, bardziej był o literaturze niż o fotografii i więcej było tu do czytania niż do oglądania. Tym, którzy nie zdążyli w tym roku dojechać na MFK, podobnie jak kuratorzy ostatniej edycji - proponuję eksperyment. Zajrzyjcie na stronę festiwalu oraz na strony galerii, które wzięły w nim udział, przede wszystkim zaś przekartkujcie katalog towarzyszący tegorocznemu MFK. Być może przyznacie mi rację.
W tym roku MFK wpisał się w modny od dawna w świecie sztuki współczesnej trend polegający na tym, że obraz staje się załącznikiem do teorii. Widzom festiwalu łatwiej było rozmawiać o strategii kuratorów „Aliasu”, niż o tym, co widzieli na wystawach. Sama przyłapałam się na tym, że bardziej skupiam się na ocenie teksów literackich opublikowanych w katalogu, a mniej na zdjęciach, które powstały w efekcie współpracy zaproszonych artystów. Nie wiem, czy tak dobrane proporcje na festiwalu, który do tej pory bombardował nas obrazem były dobre czy złe. Nie wiem tego ani po obejrzeniu wystawy wprowadzającej, pokazanej na dwu piętrach Bunkra Sztuki, ani po odwiedzeniu kilkunastu z 23 wystaw prezentowanych w muzeach i galeriach w Krakowie. Twórcy MFK 2011, w tym dwójka zagranicznych kuratorów zaproszonych do tegorocznej edycji przyznali, że stawiają na eksperyment, który miał się nie udać. Jeden z krytyków porównał ów eksperyment do zabawy w ciuciubabkę i mimo, że była to jedyna opinia, którą wyraził w swoim tekście na temat festiwalu, nie będąca kopią informacji prasowej bądź tekstów kuratorskich, trudno się z nią nie zgodzić. Większość osób, z którymi rozmawiałam o programie "Alias" nie mogła sobie z tą wystawą poradzić. I nie chodziło tylko o to, że wśród wielbicieli fotografii, są tacy, którzy odmawiają jej prawa do romansu z literaturą i tacy, dla których słowo towarzyszące zdjęciom może być nie tyle dopełniające, co wręcz ważniejsze. Miałam wrażenie, że krążący między galeriami bezskutecznie poszukiwali przełożenia oryginalnej koncepcji kuratorskiej na sztukę, w tym na fotografię przede wszystkim. Stąd pewne rozczarowanie, może niedosyt?

Jak sobie poradzić z tym festiwalem? Świetny tekst o MFK napisał Piotr Kosiewski z "Tygodnika Powszechnego". Sam tytuł - "Stać się artystą. Na chwilę" może być jednym z tropów do przemyśleń. Kluczem do wystawy "Alias" mógłby się stać dość zabawny film Maxa Pinckersa „Nie w kolejności występowania” (do obejrzenia TU), będący jednym wielkim cytatem, z którego szybko wpadają w ucho zdania: "Sztuką jest to wszystko, co nią nie jest" albo "Artystą może się stać tylko artysta". Być może kogoś uwiedzie piękne motto „Aliasu” autorstwa Fernando Pessoa: "Gdyby serce mogło myśleć, przestałoby bić". Trochę zazdroszczę wszystkim, którym się to uda. 

22:27, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 maja 2011
Jeszcze o Grand Press Photo 2010

Zdjęcie Roku, Grand Pres Photo 2011, fot. Jacek Waszkiewiecz


Licząc na komentarz krytyczny do tegorocznego werdyktu GPP 2011 po raz kolejny się przeliczyłam. Poza dyskusją na temat trwającej kolejny sezon mody na winietowanie zdjęć nie natknęłam się na sensowny tekst podsumowujący ten prestiżowy konkurs fotografii prasowej
Portal Fotopolis w osobie Marcina Grabowieckiego (autora tekstu o GPP) niesłusznie według mnie zganił wybór Zdjęcia Roku pisząc o fotografii Jacka Waszkiewicza spod Pałacu Prezydenckiego: "W uzasadnieniu do werdyktu przewodniczący Jury - Lucian Perkins mówił, że nagrodzona praca dotyczy problemu, który wykroczył daleko poza granice Polski. Nasuwa się pytanie czy to zdjęcie dobrze ilustruje wydarzenia, których wszyscy byliśmy świadkami. Nam wydaje się, że ta, skądinąd dobra reporterska "klatka", nawet nie próbuje mówić czegoś więcej o tym wydarzeniu. Podobnych zdjęć powstało prawdopodobnie wiele. Od "Zdjęcia roku" wymagałoby się jednak bardziej syntetycznego ujęcia tematu."
Otóż problem polega na tym, że historii krzyża pod Pałacem Prezydenckim chyba nikomu nie udało się ciekawie sfotografować, być może dlatego, że w tamtym momencie nie wszyscy spodziewali się, że ta sytuacja stanie się początkiem wielu zmian nie tylko na scenie politycznej Polski ale również w duszach i umysłach wielu Polaków. Śledząc prace fotoreporterów zajmujących się "tematem smoleńskim" mam wrażenie, że przerósł on wielu autorów. Owszem powstało kilka świetnych zdjęć, pojedynczych klatek, oryginalny materiał Filipa Ćwika nagrodzony na World Press Photo, w większości były to jednak fotografie, które nie zapadały w pamięć, których żywot kończył się wraz z wyrzuceniem wieczorem gazety do kosza. Zabrakło materiału pokazującego emocje na drugim planie, z kompletnie nieoczekiwanej perspektywy, będącej bardziej osobistą wypowiedzią autora.
Jest to zresztą moje ogólne spostrzeżenie odnośnie tegorocznej edycji GPP. Coraz mniej jest autorskich, oryginalnych wypowiedzi fotoreporterów pokazujących ich spojrzenie na współczesny świat. Być może zmieni to debiutujący w tym roku na GPP fotokast, który chwalił pierwszy w tej kategorii zwycięzca na GPP Piotr Małecki z Napo Images. Odbierając nagrodę za materiał o losie koni porzuconych podczas kryzysu w Irlandii powiedział, że w tej chwili fotokast to forma, która daje autorowi zdjęć niezależność, pozwalająca na stworzenie wypowiedzi, która od początku do końca jest zgodna z intencją autora ponieważ uniemożliwia ingerencję redaktora, grafika czy fotoedytora.
To oczywiście dość optymistyczna ocena sytuacji, mam jednak nadzieję, że jeszcze przez chwile nie znajdzie się zbyt wiele osób, które będą miały odwagę i umiejętność ingerowania w fotokast i może już na kolejnych konkursach GPP zobaczymy równie przejmujące historie jak ta zrealizowana przez Piotra Małeckiego.

Gdyby ktoś miał ochotę posłuchać dyskusji o kondycji współczesnej fotografii prasowej serdecznie zapraszam na spotkanie pt. Od fotoreportera do fotografa, które odbedzie się jutro, 22 maja o godz.16 w Galerii Camelot w Krakowie, udział wezmą: Michał Kołyga, Marek Szczepański, Łukasz Trzciński, Jan Brykczyński, Paweł Supernak i ja. moderuje: Krzysztof Pijarski
 

23:30, cwiczeniazpatrzenia , ale klata
Link Komentarze (4) »
środa, 30 marca 2011
Doceńcie czytelniczki!

Ilekroć przeglądam kolorowe magazyny dla kobiet mam wrażenie, że ich redakcje nie doceniają swoich czytelniczek. Pomijam zawartość tekstową magazynów, o tym powstają prace doktorskie i habilitacje. Myślę o wizualnej stronie prasy kobiecej, której czytelniczek nie posądza się o więcej niż średnią wrażliwość na obraz.

Ostatnio niespecjalną spostrzegawczość przypisała swoim czytelniczkom redakcja miesięcznika "Pani", publikując na okładce zdjęcie z sesji Patrycji Kazadi autorstwa Mateusza Stankiewicza do złudzenia przypominające okładkę Vogue'a z Kate Moss. Wpadkę zauważyła czytelniczka "Pani" ale też, o czym redakcje ekskluzywnych magazynów pewnie nie chciałaby wiedzieć, portalu "Pudelek" ( tu czytelniczka zgłosiła "inspirację")...

Nie ma żartów, współczesne czytelniczki, w pogoni za wiedzą  o swoich idolkach, naprawdę oglądają wszystko!

Kopiowanie własnych pomysłów na okładki też nie umknęło mojej uwadze...

Okładki z ubieglego roku, październikowa "Viva" i wrześniowa "Pani", obie autorstwa Mateusza Stankiewicza.

Gwiazdy w dzianinach, niestety nie pamiętam kto jest autorem okładki "Gali", "Pani" jak widać Mateusz Stankiewicz.

22:35, cwiczeniazpatrzenia , jaka piękna katastrofa
Link Komentarze (8) »
wtorek, 15 marca 2011
Szczęścia

Z cyklu "Mały człowiek", fot. Zofia Rydet

Lubię gdy nowe "gada" ze starym, gdy dzieci zadają trudne pytania rodzicom, gdy młoda dziewczyna do dżinsów zakłada wisiorek babci, a nastolatek pochyla się z dziadkiem nad mapą. Zwykle wynika z tego coś interesującego, zaskakującego. Czas też lubi romanse. Dlatego podoba mi się projekt "Żywe Archiwa", w ramach którego w ostatni czwartek w Galerii Asymetria otwarto wystawę "Mały człowiek /oczekiwanie". Można na niej obejrzeć słynne portrety dzieci, autorstwa Zofii Rydet oraz jedną fotografię Julii Staniszewskiej, będącą zapowiedzią inscenizowanego cyklu, realizowanego w klinice leczenia bezpłodności.
Zaproszona do projektu "Żywe Archiwa" Julia Staniszewska sama wybrała 40 prac Z.Rydet spośród 140 opublikowanych w albumie "Mały człowiek" i zaaranżowała je wraz ze swoją fotografią. Nietrudno zauważyć, że dzieci na zdjęciach Rydet wyglądają jak dorośli, z kolei para z fotografii Staniszewskiej przypomina dzieci i że te dwa światy od zawsze się przenikają. Jednak nie tylko na tym opiera się współczesna reinterpretacja zdjęć klasyczki polskiej fotografii. Wspólna praca artystek, bo tak należy chyba potraktować ten projekt, dotyka trudnych tematów: nie zawsze beztroskiego dzieciństwa i niemożliwości posiadania dzieci. Trudno spojrzeć prosto w oczy bohaterom portretów Rydet nie myśląc o tym, na czym polega szczęśliwe dzieciństwo. Trudno przyglądać się parze z fotografii Staniszewskiej nie zastanawiając się nad tym, czy kiedy spełni się ich marzenie o dziecku, będą szczęśliwi. Wystawa zmusza do stawiania sobie wielu pytań, w tym o to, czym jest szczęście.

23:09, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 marca 2011
Róbcie swoje

8 marca 2011 r., fotoreporterzy i kamerzyści tv przed paryskim biurem byłego prezydenta J. Chiraca. Dziennikarze nie zdążyli jeszcze zdjąć kasków, po pościgu za prezydentem, który przyjechał do biura ze swojego apartamentu. fot. Jacky Naegelen/Reuters

8 marca 2011 r., fotoreporterzy i dziennikarze w Kancelarii Prezesa Rad Ministrów czekają na posiedzenie rządu. fot. Sławomir Kamiński

Najnowszy "Press" poświęca wiele uwagi World Press Photo. Polecam ciekawe rozmowy z Jodi Bieber i Filipem Ćwikiem. W obu wywiadach pojawia się wątek kondycji współczesnej fotografii prasowej i roli fotoreportera. Jodi Bieber mówi: "Uważam, że ani fotoreporterzy, ani dziennikarze nie powinni się zastanawiać, jaki będzie odbiór tego, co tworzą, co sobie ludzie pomyślą, czy wypada itd.- tylko mają pokazywać i opisywać rzeczywistość taką, jaka jest, a jakiej czasem nie chcemy dostrzegać." Dalej radzi: "(...) Więc nie myśl o tym, czy robisz portret, czy krajobraz - czas myśleć o tym, kim jesteś i co masz do przekazania ludziom. Jaki podpis w swoich pracach im zostawisz." Filip Ćwik uzupełnia: "Po to wykonujemy ten zawód, żeby pokazywać, ale przede wszystkim myśleć. To my, dziennikarze, musimy sobie podnosić poprzeczkę." Wybrane cytaty warto sobie przypominać w chwilach załamania, o których mówią J.Bieber i F.Ćwik.

3 luty 2011 r., Wojciech Grzędziński na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego dokumentuje wizytę Prezydenta Ukrainy. fot. Sławomir Kamiński

I na marginesie.
Niestety we wspomnianym "Pressie" pojawia się komentarz do informacji, która kilka tygodni temu obiegła portale fotograficzne, dotyczącej przyjęcia przez Wojtka Grzędzińskiego etatu fotografa prezydenckiego. Tekst Tomasza Bitnera pt. "Zlecenie z Pałacu" ma nieelegancką formę i jest nierzetelny. Treść leadu": "Wybitny fotoreporter został najemnym fotografem pierwszej pary" podwójnie wprowadza mniej zorientowanego czytelnika w błąd. O W.Grzędzińskim można na razie powiedzieć, że jest fotoreporterem "nagradzanym", "wybitnym" ma szansę zostać. Z kolei, czy mająca na całym świecie wieloletnią tradycję praca fotografa prezydenta, papieża czy innej osobistości,  powinna się kojarzyć z tak negatywnym określeniem jak "najemnik"? Autor, podpierając się raczej krytycznymi wypowiedziami polskich fotoreporterów ( Filip Ćwik, Rafał Milach, Wojciech Druszcz) jednostronnie stawia sprawę - dla tej klasy fotoreportera praca w Pałacu to koniec kariery fotoreportera.
A ja trzymam kciuki za Wojtka. Liczę na to, że za chwilę będziemy oglądać zdjęcia prezydenta Komorowskiego z ludzką twarzą, podobne do tych, które robi prezydentowi Obamie Peter Souza albo i lepsze.

12:30, cwiczeniazpatrzenia , prasowanie
Link Komentarze (9) »
sobota, 12 lutego 2011
Oszpecona Mona Lisa

Dla Czytelników, którzy już dawno rozstali się z papierowym wydaniem Gazety Wyborczej załączam tekst, który ukazał się w dzisiejszym jej wydaniu, niestety nieco skrócony, pozbawiony ogólnej oceny konkursu oraz kilku nagrodzonych materiałów. Ponieżej cały tekst - zatem bonus.


Fot. Jodi Bieber / Institute for Artist Management/Goodman Gallery for Time Magazine

Portret 18 letniej Bibi Aisha, Afganki ukaranej przez męża obcięciem nosa i uszu, Zdjęciem Roku 2010. Werdykt ogłosiło wczoraj jury 54 edycji World Press Photo, najbardziej prestiżowego konkursu fotografii prasowej.

Autorką fotografii, opublikowanej w czerwcu na okładce Time Magazine, jest Jodi Bieber z RPA. - Chciałabym żeby cały świat zobaczył, jakie mogą być skutki powrotu talibów do władzy, jaki może to mieć wpływ na życie afgańskich kobiet - powiedziała pozując do zdjęcia Aisha.

Bibi Aisha to pseudonim. Dziewczyna, choć od wielu miesięcy mieszka w Stanach, wciąż boi się ujawnić prawdziwe nazwisko. Pochodzi z południa Afganistanu, z prowincji Uruzgan. Gdy miała 12 lat jej ojciec zgodził się oddać ją za żonę przywódcy miejscowych talibów. Rodzina męża traktowała ją koszmarnie, więziła i głodziła. Gdy dziewczyna uciekła, jej własny ojciec doprowadził ją z powrotem do domu teściów.
Wielu Pasztunów uważa, że kobieta, która uciekła z domu męża jest źródłem hańby dla własnej rodziny. Żeby ukarać Aiszę, mąż obciął jej nos i uszy. Dziewczyna zemdlała z bólu. Ocknęła się na pustkowiu za wsią. Udało jej się dotrzeć do Kabulu, gdzie pomocy udzieliła jej pozarządowa organizacja Women for Afghan Women. Od jesieni przebywa w USA, jeden z kalifornijskich szpitali podjął się odtworzenia obciętych części jej twarzy.
Choć szariat zabrania okaleczania, czyn męża Aishy zaaprobował loklany mułła - uznał, że będzie to przestroga dla innych dziewcząt z okolicy. Według Niezależnej Afgańskiej Komisji do Spraw Praw Człowieka ponad 50 proc. Afganek spotyka się z przemocą domową, 40 proc. wydawanych jest za mąż wbrew woli. Kobiety w tradycyjnych rejonach Afganistanu traktowane są jak rzecz, o ich losie decydują najpierw ojcowie lub bracia, następie mężowie. 85 proc.Afganek to analfabetki.

Zwycięska fotografia jest prosta w formie, ale wzbudza silne emocje. Publikując fotografię na okładce Time Magazine, edytor Richard Stengel obawiał się, że jest ona zbyt mocna dla czytelników. -To szokujące i niepokojące zdjęcie. Jednak złe rzeczy zdarzają się ludziom, a konfrontowanie czytelników z tym co się dzieje na świecie to jest część naszej pracy - tłumaczył.

Spośród 108 059 zdjęć nadesłanych w tym roku na konkurs World Press Photo ze125 krajów świata, jury pod przewodnictwem Davida Burnetta z USA, wyróżniło dwóch Polaków: Filipa Ćwika z agencji Napo Images za fotoreportaż o polskiej żałobie narodowej po katastrofie w Smoleńsku (3 nagroda za fotoreportaż w kategorii "Ludzie i wydarzenia") oraz Tomasza Gudzowatego za fotoreportaż o amatorskich wyścigach samochodowych w Meksyku (2 nagroda za fotoreportaż w kategorii "Sport"). Seria czarno-białych zdjęć F.Ćwika nawiązuje do najlepszej tradycji portretu ulicznego. Ciasne kadry, na których fotoreporter uchwycił nieskrywane emocje żałobników, to jeden z najciekawszych materiałów dokumentujący ten ważny w najnowszej historii Polski moment.

Jury oceniało zdjęcia pojedyncze oraz fotoreportaże w 9 kategoriach. W kategorii newsowej dominowały zdjęcia z trzęsienia ziemi w Haiti, powódź w Pakistanie, wybuch wulkanu w Indonezji, wojnę narkotykową w Meksyku. Ze względu na termin zamknięcia konkursu fotografie z protestów w Egipcie obejrzymy dopiero w przyszłym roku. Wydaje się że, tegoroczne jury dało zły sygnał młodym reporterom, że można wykonać fotoreportaż z dowolnego miejsca na świecie, nie wychodząc z domu - nagrodę honorową w kategorii "Wydarzenia współczesne" przyznało cyklowi ”A series of unfortunate events. Google street view” Niemca Michaela Wolfa, wykonaną metodą przefotografowania kadrów z nagrań kamery ulicznej Google. Autorzy fotoreportaży nie podjęli zaskakujących, nowych tematów, skupili się raczej na formie fotografii i przedstawiali tematy już znane, takie jak przemoc domowa, bieda, choroby, wojna.

Pojawiły się natomiast próby realizacji tematów powszechnie uznawanych za niemożliwe do przełożenia na język fotografii, dziejących się w przestrzeni wirtualnej, internecie . Jury doceniło serię portretów niemieckiej fotografki Wolfram Hahn (2 nagroda za fotoreportaż w kategorii "Portrety"), przedstawiające młodych ludzi wykonujących sobie autoportrety m.in. telefonem komórkowym, które później prawdopodobnie udostępniają na portalach społecznościowych. Zaskakują wyróżnienia dla materiałów będących ulepszoną wersją reportaży nagradzanych w latach ubiegłych np. dla  Amita Madheshiya z Indii za "Night screening at traveling cinema, India" - cykl portretów ludzi w kinie objazdowym (1 nagroda za fotoreportaż w kategorii "Arts and Entertainment") albo epatujących śmiercią m.in. seria zdjęć autorstwa Fernando Brito, przedstawiająca ofiary wojny narkotykowej w Meksyku Fernando Brito (3 nagroda za fotoreportaż w kategorii "Wydarzenia").    

Nagrodę specjalną otrzymał górnik Edison Peña, który przez 69 dni przebywał 700 metrów pod ziemią, na skutek katastrofiyw chilijskiej kopalni San José. Fotograf Adam Patterson przekazał mu aparat cyfrowy i buty do biegania. Edison zrealizował materiał o tym, jak dba o swoją formę fizyczną pod ziemią.

15:21, cwiczeniazpatrzenia , ale klata
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37