świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
środa, 27 marca 2013
BZ WBK Press Foto bez Zdjęcia Roku

Zdjęcie Roku BZ WBK Press Foto, fot. Andrzej Grygiel

Mija tydzień od ogłoszenia wyników BZ WBK Press Foto, jednego z dwóch prestiżowych konkursów fotografii prasowej w Polsce, a nie trafiłam na żaden komentarz dotyczący nagrodzonych zdjęć. Lista laureatów ogłoszona, zalajkowana, podlinkowana i po temacie, świat pędzi dalej. Tymczasem kilka spraw nie daje mi spokoju.

Zacznę od Zdjęcia Roku autorstwa Andrzeja Grygla z Polskiej Agencji Prasowej, przedstawiającego pacjentów Oddziału Kardiologii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 5 im. Św. Barbary w Sosnowcu, cieszących się z bramki strzelonej przez Polaków w meczu z Grecją podczas EURO 2012. Fotografia ta, mimo że rzetelna i być może oddająca atmosferę najważniejszego wydarzenia ubiegłego roku w Polsce, niestety nie zasługuje na tytuł Zdjęcia Roku. Wyróżnione zdjęcie Andrzeja Grygla jest jednowymiarowe, wystarczy na nie raz spojrzeć, żeby je odczytać, na próżno doszukiwać się w nim czegoś wyjątkowego, ponadczasowego, światła, anegdoty, symboliki. To zdjęcie, o którym łatwo po chwili zapomnieć, a dłuższa lektura skłania do negatywnej refleksji, dotyczącej choćby tego, czego na fotografii Grygla zabrakło, by w ogóle brać ją pod uwagę jako kandydata na zwycięzcę konkursu. 

- Zaczynało się Euro 2012, a ja próbowałem znaleźć mniej typowych kibiców. Zwłaszcza że na Śląsku nie odbywał się żaden z meczów. Co prawda były strefy kibica, ale dokładnie takie same jak wszędzie i pomyślałem wtedy o szpitalu, gdzie również kibicują. To był oddział kardiologii w Szpitalu im. św. Barbary w Sosnowcu. Podjechałem w czasie meczu otwarcia Polska–Grecja i krążyłem po dwóch salach bez większych nadziei na to,że uda mi się uchwycić gola. Nawet nie wyobrażałem sobie, że padnie z naszej strony bramka. To był kompletny przypadek.-wspomina fotoreporter.

W tym miejscu warto zapytać: Nagradzamy intencje czy efekt? Bo pomysł na zdjęcie owszem był, bieganie fotografa między salami - godne podziwu, wyczekiwanie na decydujący moment - szlachetne. I tu koniec zachwytów. Parafrazując zaś mowę policjanta zwracającego się do jednego z bohaterów kultowego "Misia" powiem tak: A gdyby tam jeszcze na przykład rozentuzjazmowana pacjentka Oddziału Kardiologii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 5 im. Św. Barbary podskakiwała pomimo uszczerbków na zdrowiu albo choć bardziej niż czerstwa pielęgniarka chochlą krupnik nalewała, o samolocie, ba, balonie z napisem Euro 2013 w oknie nie wspominając, czy innym stadzie żurawi nie śniąc najśmielej nawet…

No cóż, być może rozmawialibyśmy wtedy o Zdjęciu Roku, a tak piszę o fotografii, którą jury BZ WBK nagrodziło, mam wrażenie, z braku innej, dotyczącej Euro 2013, uznanego za jedyne wydarzenie godne uwagi w kontekście konkursu.

Trudno wskazać mi inną fotografię wśród pozostałych 170 wyróżnionych, która udźwignęłaby tytuł Zdjęcia Roku. Nie byłam na rozdaniu nagród, a na stronie internetowej konkursu, można obejrzeć tylko 21 zdjęć. Rozumiem, że chodzi o to, żeby zdjęcia się nie opatrzyły zanim będzie je można obejrzeć na wystawach w całym kraju, jednak ciekawe dlaczego nie obawiają się tego organizatorzy World Press Photo czy POY publikując w internecie wszystkie nagrodzone prace?

1 miejsce w kategorii przyroda za zdjęcie pojedyncze, fot. Bartek Wrześniowski

Żeby jednak nie kończyć pesymistycznie. Moją uwagę zwróciła fotografia freelancera Bartka Wrześniowskiego, przedstawiająca pierwsze karmienie Matyldy na oddziale intensywnej terapii w szpitalu w Dusseldorfie, trzy godziny po porodzie, wykonana 19 maja 2012 r. Zdjęcie, na którym możemy podziwiać żonę i córkę autora w sali wypełnionej specjalistycznym sprzętem medycznym jest wyjątkowe, wzruszające, wręcz malarskie. Zastanawia mnie tylko i martwi jedno, dlaczego zostało ono nagrodzone w kategorii "Przyroda"? Zapewne wiele młodych matek pospieszy z wyjaśnieniem, że bywały sytuacje, kiedy karmiąc w miejscu publicznym czuły się jak "zjawisko". Uznajmy jednak, że były to sporadyczne przypadki, nie norma. 

Jedną z cech członków jury konkursów fotograficznych, obok rzecz jasna inteligencji, powinno być niewątpliwie poczucie humoru, ale bez przesady. Chcę więc wierzyć, że jury BZ WBK Press Foto karmienia piersią nie zalicza do zjawisk przyrodniczych typu burza, powódź czy spożywanie posiłku przez egzotyczne zwierzęta w zoo, co zazwyczaj podziwiamy na pięknych zdjęciach wyróżnianych w kategorii "przyroda". Że to tylko pomyłka?

23:38, cwiczeniazpatrzenia , ale klata
Link Komentarze (7) »
wtorek, 19 marca 2013
Wśród swoich zdjęć jestem sam

Krzysztof Miller 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego

"Choćbym nie wiem jak się starał, pamięci nie da się prosto ogarnąć. Uporządkować. Opanować. Ona żyje we mnie i ściga mnie. A ja ścigam ją, żeby przestała mnie ścigać."- napisał w swojej książce pt. "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" Krzysztof Miller. Bohaterką tej książki jest pamięć. A dokładnie pamięć, której by nie było, gdyby nie fotografia, setki tysięcy fotografii, które zrobił i których z różnych powodów nie udało mu się zrobić, opublikowanych, ale przede wszystkim tych, które przechowuje w archiwum. Na moment, na 1/125, 1/250 , 1/500 sekundy obrazy najważniejszych konfliktów XX wieku, których Miller był świadkiem, pojawiają przed naszymi oczami. Ścigamy je razem z ich autorem, ale bezboleśnie, z boku, jak podczas przeglądania rano gazet. Może dlatego, że książkę Millera czyta się momentami jak powieść przygodową, ot wspomnienia faceta, który od 25 lat buja się po świecie z aparatem fotograficznym, to i rusz pakując się w historie na krawędzi życia i śmierci. Akcja jest wartka, błyskotliwie podana, aż się prosi o wydanie w postaci audiobooka. To jednak uczucie złudne, okazuje się, że historia Millera "pracuje", że w którymś momencie przestajemy ją "łykać" i zachłanność, z którą się do niej dobraliśmy nagle przechodzi, że zaczynamy ją sobie dawkować. Obrazy przestają migotać, zostają w głowie, bo Miller stawia za nimi słowa, zdania, opisy, obok których nie da się już przejść obojętnie. Trudno je odkliknąć, jak w gazecie przewrócić stronę, spojrzeć na reklamę. Zaczynamy się bujać w rytmie historii fotoreportera, który jak przyznał we wstępie do książki „historia jego życia to historia ciągłego bujania się”, że „buja się, by zatrzymać się w życiu na ułamek sekundy”, by się otworzyć na rozkminienie, zrozumienie. 

 Podobno dobre zdjęcie jest warte 1000 słów. Zastanawiam się, na ile ta często powtarzana w kontekście fotografii prasowej opinia, jest aktualna. Jej sens zniszczyła masa fotografii zalewająca nas każdego dnia, większość z nich nie warta jest choćby jednego słowa, nawet machnięcia ręką. Fotografie Krzyśka Millera warte są setek tysięcy zdań. Wierzę, że ktoś, kto przeczyta tę książkę, zachęcony wspomnieniami fotoreportera, zechce je kontynuować, że pokaże też same zdjęcia, których w "13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" jest niewiele. Choć to nie zarzut, wiadomo że to nie album fotograficzny, który może ktoś nareszcie wyda. 

W przypadku Millera staje się jasne, że fotografia jest tylko pretekstem. Do poznania życia z bliska, dotknięcia go, poczucia każdym zmysłem. Dziś, gdy za moment wielu uwierzy w to, że możemy przeżyć swoje życie nie wychodząc z domu, świadectwo fotoreportera ma szczególną wartość, ale też cenę. O skutkach pracy fotoreportera wojennego Krzysztof Miller wspominał już w wielu wywiadach, w książce pisze jeszcze o czymś równie ważnym:  

"Fotoreporter, nawet jeśli pracuje w grupie, działa sam. Zdany tylko na siebie. Sam z historią, która przed nim się dzieje i staje się jego informacją, jego przesłaniem. Sam z obrazem, który jego oko widzi. Sam ze swoimi myślami i wyobrażeniem o tym, co zaraz się stanie. Sam, choćby robił zdjęcia w grupie kilkunastu stojących ramię w ramię z nim kolegów fotoreporterów. Sam, choćby dziennikarz, z którym przyjechał, trzymał go za ramię. Bo chce być sam. Bo inaczej nie może. Bo tak naprawdę pragnie sfotografować coś innego niż inni. Bo inni to konkurencja. Więc w każdej grupie i z każdym zdjęciem każdy fotoreporter zawsze będzie sam. Sam, gdy sfotografuje, i sam, gdy wróci do domu. Sam z pamięcią i sam z myślami. Bojowcy w oddziałach peszmergów, fedainów, mudżahedinów – wszystko jedno jak się nazywają – sami nigdy nie są. Oni walczą o swoją słuszną/niesłuszną sprawę – gdy my, fotografowie, walczymy o świadectwo. Niektórzy też o swoją sławę. Nie jest to walka prosta. Pchamy się tam, gdzie nie tylko wióry lecą, więc bywa, że i na nas. Ludziach z fotograficznym czy filmowym sprzętem. Skupia się agresja, strach, gniew, chęć odwetu zranionych w swoich prawach i marzeniach ludzi. A my, jakkolwiek bardzo byśmy chcieli się wtopić w tłum, do końca nigdy się w niego nie wtopimy. Nie zakamuflujemy się w nim. Nie skryjemy. Zawsze będziemy inni. I to jest trudnota naszego fachu. Minimalizowana przez nas, jak tylko umiemy, czujemy, potrafimy. Ale zawsze trudnota. Wśród swoich zdjęć jestem sam."

"13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego" nie jest lekturą dla początkujących fotoreporterów. Na próżno szukać tu rad dotyczących sprzętu, podejścia do tematu, sposobu edycji itd. Między wierszami można jednak znaleźć pewne wskazówki, choćby taką:

"Dziennikarką i fotografią, jak pociskami, zdecydowanie rządzi przypadek. Ale fotografią bardziej. Jeśli dziennikarz jest przygotowany, z miejsca, do którego się wybrał, napisze dobry tekst nawet na podstawie kawałków informacji. Fragmentów rozmów. Depesz. Nie musi się pchać na pierwszą linię frontu. A jeśli jest dobrym dziennikarzem, to bardzo dobrze napisze. Fotograf, żeby zrobić zdjęcie o tym, o czym dziennikarz pisze, musi się znaleźć na miejscu. Jakkolwiek wspaniale przygotowywałby się do wyjazdu, wyjazd i tak go zweryfikuje. Czy dojechał i zobaczył? Czy miał szczęście? Czy we właściwym momencie nacisnął migawkę? Czy sfotografował? Nie za późno ani nie za wcześnie. We właściwym momencie. Ale jak ocenić, że to właśnie ten właściwy moment? Można czekać dniami i tygodniami i nic. A czasem po prostu wpada się na zdjęcia. Tak to już jest. Na pewno spóźniałem się w różne miejsca albo byłem w nich za wcześnie. OK, to jest wpisane w mój zawód. Ale największym, najgorszym grzechem fotografa jest grzech zaniechania. Odpuszczenia, odejścia, olania tematu. Nicnierobienia. Lenistwa. Jeżeli mój grzech zaniedbania wynika z oddechu, z resetowania mózgu, przefiltrowania myśli. To też wszystko OK. Czasami muszę sobie na to pozwolić. Znacznie gorzej, zawodowo najgorzej, jest wtedy, kiedy jestem. Widzę. I nie podnoszę do oka aparatu. Nie naciskam, bo mi się nie chce. To jest prawdziwy grzech. Czasami jest tak – przynajmniej ja tak miałem – że gdzieś szedłem, jechałem, miałem albo nie miałem coś sfotografować. I po drodze widziałem inną historię. Ale migawki nie nacisnąłem, bo pomyślałem: zrobię to w drodze powrotnej. A w drodze powrotnej tej historii już nie było. I ją straciłem. Nikt mnie za tę stratę nie oceni. Nie zgani, nie zruga. Bo nie będzie

wiedział, co po drodze widziałem. Jakiej historii nie zatrzymałem. Ale ja będę wiedział. Więc samodyscyplina. Iber ales."

Niezapisane nie istnieje, powtarzają po sobie pisarze. A niesfotografowane? Zostaje w głowie, kołacze się, śni, trzeba się z tym bujać. Bez kropki.

Krzysztof Miller, 2002 r., fot. Łukasz Sokół

czwartek, 19 lipca 2012
Aaaaaby fotoedytor


Ciekawych opinii o współczesnym fotodziennikarstwie jest coraz mniej. Tym bardziej warto się dowiedzieć, co na ten temat ma do powiedzenia Jean-François Leroy, dyrektor kultowego festiwalu Visa Pour l'Image, którego 24 edycja rusza we wrześniu.
Wywiad w całości TU, poniżej interesujący fragment o potrzebie edycji zdjęć:

Olivier Laurent: In recent months, I've talked to the judges for World Press Photo and the Sony World Photography Awards, among others, and they've been telling me the quality of the edits submitted has been terrible of late. Is it something you've found as well?

Jean-François Leroy: Twenty-five years ago, photographers were working with real partners. I'm talking about picture editors and producers. If you're looking at the work of photographers such as Nick Nichols, Erika Larsen and Pascal Maitre, you can tell right away that they're working with pictures editors at National Geographic. They have a real partner who follows them along the way. They have picture editors who tell them, "You're too far away. You need to get closer."

Now, with digital photography, you get people who take 25 images in three seconds and send in all 25 images without editing them. We're missing this precious interlocutor. In a lot of newsrooms, picture editors are gone. But photographers need them. Arnaud Brunet edited all of Rémi Ochlik's images. Alexandra Boulat was a pitiful editor, she needed Jérôme Delay and Noël Quidy.

Olivier Laurent: Can't Visa Pour l'Image help these photographers?

Jean-François Leroy: That's what we're trying to do with Transmission Pour l'Image. I would advise all photographers to work with others. They need to collaborate with someone who can bring an outside point of view to their images. But not everyone understands this.





12:10, cwiczeniazpatrzenia , prasowanie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Zapewnia się atmosferę życzliwości

Z cyklu "Podlasie", fot. Tomasz Tomaszewski

"Rzeczy same z siebie nie są ani piękne ani brzydkie. To od nas, którzy je pokazują np. na fotografii, zależy jak zobaczą je inni".- powiedział o swoich zdjęciach z Podlasia Tomasz Tomaszewski podczas wernisażu w Starej Pomarańczarni w Warszawie. Plenerową wystawę jego najnowszych fotografii można oglądać do 28 maja na ogrodzeniu Parku Łazienki Królewskie, od strony Alej Ujazdowskich.
Gdyby Tomasz Tomaszewski chciał kiedyś wydać album ze swoimi zdjęciami z różnych projektów (nieprzypadkowo unikam słowa "najlepszymi" bo równie dobrze mogłabym napisać "wszystkimi") ten cytat byłby idealnym mottem. Wyraża istotę jego fotografii, sposobu pracy, patrzenia na świat, stosunku do ludzi. Przypomina mi się tu scena, o której opowiedział mi kiedyś narzeczony. Tomasz Tomaszewski wchodzi do kiosku po gazetę. Przy kasie stoi kobieta z psem rasy "niepodobny do nikogo". Pies zaczepia fotografa, na co ten głaskając go mówi: Taki jesteś brzydki, że aż piękny!
Patrząc na świat oczami Tomasza Tomaszewskiego narzucam sobie dyscyplinę: spojrzę na rzeczy takimi jakie są, nie dlatego, że są ładne czy brzydkie. Pozwolę sobie na zachwyt, taki najprostszy, choćby nad mokradłami w lesie, które jeśli zechcę wyglądają jak te spod ręki Moneta.


Z cyklu "Podlasie", fot. Tomasz Tomaszewski


23:41, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 kwietnia 2012
Mniej znaczy więcej

Warszawskie Zakłady Farmaceutyczne "Polfa", króliki używane do testowania leków, 1967 r., fot. Aleksander Jałosiński / FORUM

Za chwilę wiosna dopadnie nas na dobre i niechętnie będziemy zaglądać do galerii. To ostatni moment, żeby zobaczyć niezwykłą wystawę "Chodząc po ziemi", podsumowującą półwiecze pracy fotoreportera Aleksandra Jałosińksiego. Dom Spotkań z Historią przygotował dla
widzów prawdziwą ucztę. Na wystawie można obejrzeć 150 zdjęć autora, niektóre z nich prezentowane są po raz pierwszy. Wybrane przez kuratorkę (Monika Kapa-Cichocka) i fotoedytorów (Tomasz Gleb oraz Jarosław Stachowicz) fotografie tworzą poruszający obraz
peerelowskiej prowincji. W serii wystaw przypominających dorobek współczesnych Jałosińskiemu fotografów prasowych brakowało spojrzenia na wspomniany okres z perspektywy pozawarszawskiej. Jednak nie to jest na tej wystawie dla mnie najciekawsze. Albo inaczej, idąc na wystawę wiedziałam, że zobaczę świetne zdjęcia prasowe. To co mnie urzekło, to snute jakby mimochodem, pojawiające się między kolejnymi częściami wystawy, refleksje Aleksandra Jałosińskiego na temat zawodu fotoreportera. Nie zdradzam szczegółów, zaczepnie przypominając tylko za mistrzem jedną z zasad panujących w ówczesnych redakcjach. Na jedno opublikowane zdjęcie przypadało pół negatywu, z których fotoreporter był dokładnie rozliczany. Oczywiście zdarzało się, że za własne oszczędności kupował dodatkowe klisze, były to jednak wyjątkowe sytuacje.  Czy mniej oznaczało więcej, przekonajcie się sami odwiedzając wystawę, jeszcze do 20 maja 2012 r .

16:09, cwiczeniazpatrzenia , wystawy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Poza dużym kadrem

Z cyklu "Behind the Curtain",  fot. Ula Wiznerowicz

Wydawałoby się, że są tematy, których nie da się opowiedzieć za pomocą fotografii, nie odbierając ludziom i miejscom godności. Oraz że w pewnych okolicznościach człowiek na zdjęciach wygląda zawsze tak samo. Że zwykle są to zbyt dosłowne, przerysowane i oczywiste ujęcia.
Ula Wiznerowicz w rodzinnej wsi Palmowo w Wielkopolsce sfotografowała kobiety i mężczyzn borykających się z alkoholizmem. Cykl "Behind the Curtain" opublikował najnowszy "Przekrój". Od dawna nie widziałam tak dobrego materiału, poruszającego powszechny, społeczny problem.
Pracę nad projektem autorka nazwała "podróżą", gołym okiem widać jej duże zaangażowanie w temat, empatię. Ciepłe, przenikliwe portrety idealnie korespondują z fotografią codzienności,
faktury miejsca. Ten naprzemienny rytm wydaje się naturalny. Na koniec najważniejsze - wbrew pozorom w "Behind the Curtain" to forma idzie za treścią.
Materiał został już nagrodzony w FotoVisura Grant w Nowym Jorku oraz otrzymał nagrodę londyńskiej Saachi Gallery i Channel 4. 

13:29, cwiczeniazpatrzenia , prasowanie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
O ojcze!

W ostatnich Wysokich Obcasach ukazała się moja rozmowa z Wojtkiem Wieteską, dla odmiany-nie tylko o fotografii. Jeśli ktoś przegapił-załączam.

Zdjęcie na okładce: Kuba u cioci Wandy i wujka Maćka, Västerås, Szwecja, fot. Wojtek Wieteska

Rozmowa z Wojtkiem Wieteską autorem zdjęć do zbioru felietonów Agaty Passent pt. „Dziecko?O matko!“ (wydawca Twoje Dziecko, listopad 2011 r.), ojcem 5 letniego Kuby

Zanim urodził się Kuba twoje życie wyglądało...
Fantastycznie!!!To było najpiękniejsze życie jakie kiedykolwiek miałem (śmiech!).

Wstawałeś po Teleexpresie i...
...kładłem się spać nad ranem. Wydawało mi się, że noc jest dla wybranych i będąc jednym z nich tylko w nocy mogę tworzyć i żyć. W dzień odrabiałem różne zadania np. od czasu do czasu pracowałem, żeby zarobić na życie. Dziecko doszczętnie to wszystko zrujnowało (śmiech!).

I?
Zmieniło moje życie w coś kompletnie innego. Nawet gdy zostaje się ojcem w wieku 42 lat, nie jest się gotowym na takie tempo zmian. Zwykle jest się trochę głupszym od zmian, które przychodzą nagle, one są mądre, ale trzeba je dostrzec w odpowiednim momencie i dogonić.

Długo byliście ze sobą zanim zdecydowaliście się na dziecko?
Ponad dwa lata, decyzja była przemyślana i dość idealistyczna. Zabrzmi to może banalnie, ale to jest dziecko miłości.

Które wyobrażaliście sobie...?
Na szczęście nic sobie nie wyobrażaliśmy, pewnie dlatego Kuba w ogóle pojawił się na świecie.Myśleliśmy głównie o szczęściu wynikającym z obecności jeszcze jednego człowieka w naszym domu.

Jak zareagowałeś na wiadomość, że zostaniesz ojcem?
Ucieszyłem się, że jest to możliwe, bywa przecież różnie. Nie pamiętam chwili gdy Agata mi o tym mówi, to było tuż po naszym dość imprezowym wyjeździe do Nowego Jorku. Bardziej intrygowało mnie, że coś takiego działo się od kilku miesięcy, a my nic o tym nie wiedzieliśmy. Co ciekawe właśnie ten czas zapamiętałem lepiej niż kolejne miesiące, gdy zaczęły się wizyty u lekarza, zajęcia w szkole rodzenia, gromadzenie rzeczy dla dziecka. Jednocześnie wszystko toczyło się u nas jak dawniej, w swoim rytmie.Do ostatniej chwili nic nie było poprzestawiane. Trzy miesiące przed porodem zatrudniliśmy nianię. Miała się pojawić w naszym domu dzień po powrocie Agaty i dziecka ze szpitala, żebyśmy mogli wieczorem pojść na imprezkę...

Poszliście?
Następnego dnia robiłem Agacie rozkładówkowe zdjęcia do kolorowego magazynu, wieczorem gdzieś wyszyliśmy.Wtedy byliśmy przekonani, że pojawienie się Kuby nie będzie oznaczało, że coś się w naszym życiu skończyło. Dziś mogę ten czas podsumować tak: Im był mniejszy, tym było fajniej.

Organizacyjnie oczywiście.
To był ten cudowny czas głaskania po główce, dotykania noska, bez trudnych pytań. Jak Kuba zaczynał płakać wkraczała opiekunka i nosiła go po mieszkaniu. Dzięki niani niczym bohaterowie XIX wiecznej powieści w stu procentach funkcjonowaliśmy tak, jak przed pojawieniem się dziecka. Doszło do tego, że nawet go sami nie kąpaliśmy. Dopiero gdy na wakacjach w Grecji w łazience popsuło się światło, dokładnie poznaliśmy anatomię Kubusia.

Co się zmieniło, gdy niemowlę stało się dzieckiem?
Przestałem być pojedynczy. Okazało się że, o ile kiedyś udało mi się oderwać od rodziców i wypracować niezależność, tak teraz psychicznie nie potrafię oderwać się od syna. Zazdroszczę rodzicom, którzy potrafią wyjechać na rok, coś porobić i wrócić. Najdłużej nie widziałem się z synem 5 tygodni, miał 2 lata gdy wyjechałem do Japoni skonczyć projekt fotograficzny. Nasze pierwsze spojrzenie po moim powrocie, trwało może jedną tysięczną sekundy, ale przypominało spotkanie obcego z obcym, nie było miłe. Nie chciałbym sprawdzić jak to wygląda, gdy rozłąka trwa dłużej. Pamiętam gdy na wakacjach w Szwecji robiłem zdjęcia i nagle Kuba, który stał tuż za mną złapał mnie za nogę i unieruchomił. Agata zrobiła nam fajne zdjęcie, ja nic nie sfotografowałem.

Symboliczne.
Potrafiłem kiedyś zniknąć na trzy miesiące i do nikogo się nie odezwać, z lenistwa, zagłębienia w fotografii, z egoizmu artystycznego. Nie mam już takich pomysłów, gdzie indziej ulokowało się moje poczucie wolności. Do tej pory wiązałem je z fizycznością, przemieszczaniem się, odrywaniem się od ludzi. Dziś mam większe poczucie rzeczywistości, co oczywiście stwarza inne granice, ale też zmusza do przekraczania ich na nowo, w inny sposób.

Np. przy użyciu wyobraźni w trakcie zabawy z dzieckiem: rurka bez kremu może być lunetą, pudełko po grapefriutach mieczem.
Gdy Kuba był mały i babcia upominała go, żeby nie wkładał głowy w kwiatki bo go ugryzie pszczoła, sam go w te kwiatki wkładłem, żeby się w nich wytarzał, poczuł zapach, odkrył kolor.Wychowanie to proces twórczy, ale nie podróż w nieznane.Część rzeczy trzeba zaplanować i ćwiczyć od początku. Myślenie konceptualne nie wystarczy, tu trzeba postępować jak z materią twórcza, krążenie wokół formy i zastanawianie się, jak zmienić jej kształt nic nie da. Taką formę trzeba czymś potraktować, przedziurawić ołówkiem, przewrócić żeby pękła, wypolerować. Są różne metody, wiele zależy od wyobraźni, ale też od własnej konstrukcji. Postawiłem sobie za punkt honoru, że uruchomię w Kubie umiejętność abstrakcyjnego myślenia o „oniejednoznaczności świata tego“, że otworzę mu wyobraźnię na wielość. Można powiedzieć dziecku, że okno jest oknem i tyle. Ale można mu pokazać, że jest coś przed i za oknem, że coś odbija się w szybie i że to odbicie składa się z wielu warstw oraz że gdy się stanie trochę z prawej albo trochę z lewej strony to odbicie będzie zupełnie inne. Często mu powtarzam, że oczywiście czarne jest czarne, ale jak do tego dodasz trochę białego to zrobi się szare itd.

Zanim zacząłeś fotografować Kubę szukałeś odpowiedniej formy, rozważałeś  reportaż ale też coś bardziej konceptualnego. „Nie dokonałem wyboru ponieważ mój syn mnie bardzo zainteresował i wszystkie aspekty projektowe szybko straciły znaczenie“- napisałeś we wstępie do książki. Co tak zainteresowało Wojtka Wieteskę-fotografa w jego własnym dziecku?
To że się zmienia, fotograficznie to jest najciekawsze. Jeżdżę do Paryża, gdzie spędziłem dzieciństwo i odwiedzam miejsca, które od lat wyglądają tak samo, co jest oczywiście fajne i niefajne równocześnie. Dziecka nie zatrzymam, dziś jest takie, za chwilę będzie kompletnie inne, to nie jest temat, do którego wrócę i zastanę w podobnym stanie. Dzięki fotografii można się temu procesowi przeistaczania dokładnie przyjrzeć. Przyłapywałem się na tym, że oglądam zdjęcia Kuby sprzed kilku miesięcy, żeby go lepiej poznać, nauczyć się go. W tym jednym, jedynym momencie chciałem zobaczyć coś więcej, niż może zarejestrować oko, które w tym samym czasie odbiera masę innych bodźców.

Jakie są dziś Twoje relacje z Kubą?
Ostre, ale czułe, coraz bardziej kumpelskie.

We wstępie do zbioru felietonów „Dziecko?O matko!“Agata napisała, że felietonistce trudno jest pisać o własnym dziecku tak, by nie stało się obiektem dziennikarskiej analizy, obserwacji podszytej ironią. Ty z kolei w posłowiu książki przyznajesz: ”Żeby sfotografować swoje dziecko trzeba zejść z piedestału drabinki własnego ego“. Ustawiałeś Kubę w lepszym świetle, pod ładniejszą ścianą, prosiłeś o powtórzenie miny? Wielu rodziców tak fotografuje dzieci.

Zdjęcia, które zrobiłem Kubie wydają mi się lekko banalne z perspektywy moich innych prac, bo nie dokumentują samych ważnych momentów. To są takie kawałeczki historii z jego życia, które być może kiedyś zechce sobie poukładać, coś przypomnieć. W pewnym sensie źródłem inspiracji był zbiór 20-30 fotografii rodzinnych autorstwa mojego taty. Maleńkie odbitki z lat 60.: ja na nartach, ja z mamą, z tatą itd. Dalekie plany, poobcinane nogi, różne ekspozycje. Negatywy oczywiście zginęły, nie mogę obejrzeć pozostałych ujęć, to jedyne zdjęcia, które zostały mi z dzieciństwa. Większość z nas ma w domu podobne fotografie, niewiele pokazują ale uruchamiają wyobraźnię, wspomnienia. Patrzę na zdjęcie, na którym mam przypięte narty i od razu przypominam sobie, że w ogóle nie umiałem na nich jeździć. Natomiast godzinami mogę opisywać wilgoć śniegu tego dnia, bo co chwila na nim lądowałem...

Słyniesz ze zdjęć ulicznych wykonywanych z dystansu. Fotografowanie bliskich było czymś nowym.
Z perspektywy czasu żałuję, że w swoim archiwum mam tak niewiele zdjęć rodzinnych, większość to fotografie obcych ludzi. Narodziny syna zmusiły mnie, żeby się nad tym zastanowić. Po co przez 29 lat robiłem zdjęcia setkom tysięcy przechodniów, przecież większość nigdy nie ujrzy światła dziennego, na zawsze zostanie w szafie. Możliwe że zupełnie pożegnałem się z robieniem zdjęć ludziom z dystansu. Zainteresowała mnie bliskość w fotografii.

Cykl fotografii Kuby kończy w książce zdjęcie z twojej pracowni, które powstało zanim pojawił się Kuba.
A dokładnie zanim powstał. Są na nim trzy okna z widokiem na przepływające chmury. To była chwila, forma, która mogła być jakimś przeczuciem, takie trzy kropki...

Coś Ciebie zaskoczyło w ojcostwie?
Możliwość innego Ja.





14:19, cwiczeniazpatrzenia , ale klata
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 marca 2012
Pielgrzymka Annie Leibovitz

Pastele Georgi O'Keeffe, fot. Annie Leibovitz /"Pilgrimage" (Random House, 2011)

Beata Łyżwa-Sokół: Od lat dla największych magazynów na świecie realizujesz wielkie, przypominające produkcje filmowe, sesje celebrytów. Skąd pomysł na kameralną serię pejzaży, zdjęć architektury i wnętrz kojarzących się z postaciami ważnymi dla historii i kultury USA?

Annie Leibovitz: Po dość trudnym dla mnie czasie potrzebowałam oczyścić swój umysł i zająć się tym na czym mi zależy, co jest dla mnie ważne. Przez lata nauczyłam się, jak dbać o siebie i pracę, wiem że w odpowiednim momencie dobrze jest wyłączyć się i zrobić coś inaczej niż zwykle. Warto się zatrzymać i doładować akumulatory, zanim straci się umiejętność odczuwania czegokolwiek. Po prostu trzeba odzyskać siebie.

Dosłownie interpretując tytuł twojej książki – „Pilgrimage” to rodzaj pielgrzymki w głąb siebie?

Pielgrzymka to bardzo mocne słowo. Dla mnie oznacza poszukiwanie, podróż mającą na celu odnalezienie czegoś, medytację. Inspiracją była wizyta w domu brata Emily Dickinson w Massachusetts. Dom, dziś muzeum, od czasów wiktoriańskich niewiele się zmienił, na ścianach rozkładają się tapety. Zatrzymałam się żeby zrobić kilka zdjęć, wtedy nie traktowałam tego jako pracę, temat. Po raz pierwszy pomyślałam o tym w ten sposób kilka miesięcy później, podczas wyjazdu rodzinnego nad Niagarę. Zobaczyłam swoje dzieci, które jak zahipnotyzowane podziwiały wodospad, zaciekawiona ich fascynacją zaczęłam robić zdjęcia.

Jakim kluczem kierowałaś się wybierając miejsca do zdjęć? Kto spośród znanych z historii Ameryki polityków, artystów Ciebie inspirują, są dla Ciebie ważne i dlaczego.

Zrobiłam listę miejsc, do których zamierzałam pojechać. Podobny pomysł na książkę miała kiedyś Susan Sontag, był nawet roboczy tytuł - „The Beauty Book”. Zawsze chciałam zobaczyć Isle of Wight ponieważ nigdy nie mogłam zrozumieć jak Julia Margaret Cameron mogła tam fotografować skoro przebywanie na wyspie nie miało sensu. Nie ma już jej studia w ogrodzie ale zachowało się ogrodzenie i brama Alfreda Tennysona. Robienie zdjęć w tym miejscu przypominało poszukiwanie skarbów.

Jak ważna była wizyta w miejscach związanych z Georgią O’Keeffe?

O' Keeffe była wielką artystką, której jednak nigdy nie podziwiałam, ani nie próbowałam naśladować. Odbierając nagrodę Muzeum Georgi O’Keeffe w Santa Fe w Nowym Meksyku zostałam zaproszona na Ghost Ranch oraz do jej domu w Abiquiú, położonego na wzgórzu, z którego roztaczał się widok na całą dolinę. Pojechałam tam i gdy weszłam do jej pracowni rozpłakałam się. Uderzył mnie skromny styl życia, które prowadziła. Widok postrzępionych płócien uświadomił mi jak niewiele potrzebujemy. Prowadziła proste życie: pracowała każdego dnia, uprawiała warzywa, spacerowała po ziemi równie wymizerowanej jak ona. Była prawdziwa. Na jednym z jej obrazów widać czerwone wzgórze, które wygląda jak góra, w rzeczywistości to wysokie na 12 stóp mrowisko. Niezwykłe jest to, że dom praktycznie nie zmienił się po jej śmierci. W muzeum można obejrzeć pastele własnoręcznie wykonane przez malarkę. Patrząc na nie faktycznie masz uczucie, że ich dotykała, używała. To kolory Nowego Meksyku, czerwienie i błękity, barwy piasku na wzgórzach i nieba. Spacerowała każdego dnia. Zastanawiałam się dlaczego na wszystkich zdjęciach jest pochylona. Zrozumiałam to dopiero na miejscu, gdy zobaczyłam skały wokół jej domu – znosiła je do domu wiadrami. Spacerując zabijała grzechotniki, później straszyła gości grzechotkami przechowywanymi w pudełku. Obok kanapy, w szklanym stoliku trzymała węża...

Realizując “Pilgrimage” miałaś poczucie, że robisz coś całkiem innego niż do tej pory?

Poświęciłam temu projektowi ponad 2 lata, nie sądzę, żeby ta praca różniła się od tego, co robiłam dotychczas: zbieranie notatek, które tworzą portret. Fotografia daje wiele możliwości, można jej używać na różne sposoby. Praca nad „Pilgrimage” była poszukiwaniem emocji jednoczących serce i duszę. To było dla mnie bardzo inspirujące.

Zmienia się współczesne dziennikarstwo, pojawiają się nowe możliwości i standardy. Ktoś powiedział, że wraz z przeniesieniem się do Internetu większości mediów papierowych, profesjonalnych dziennikarzy zastąpią „media workerzy”, łączący kompetencje autora tekstu, redaktora, fotoedytora i wydawcy. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze.

W tym kontekście pozwalam sobie na żart. Na prośbę o wywiad z Annie Leibovitz jedna z osób zajmujących się udostępnianiem jej fotografii wysłała mi pdf z tekstem opublikowanym w Guardianie ( to dłuższa wypowiedź fotografki wysłuchana przez dziennikarkę) i propozycją dopisania swoich pytań. Co też uczyniłam.

Przepraszam za niedoskonałe tłumaczenie wypowiedzi A. Leibovitz, nie zajmuję się tym zawodowo, starałam się jednak oddać sens słów fotografki.

Pełny tekst, oryginalna wypowiedź Annie Leibovitz spisana przez Sarę Philips dla Guardiana TU

15:23, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Kupujcie fotografie

Zegar z cyklu "Pierwsze Gesty", fot.Józef Robakowski

Już jutro tj. 6 grudnia w warszawskiej Galerii DAP odbędzie się  9. aukcja Fotografii Kolekcjonerskiej. Kto nie był na wystawie przedaukcyjnej niech żałuje albo skorzysta z ostatniej szansy i wybierze się tam jutro. Nawet jeśli nie zamierzacie jeszcze inwestować w fotografię (choć powiedzmy to sobie szczerze - błąd!) warto odwiedzić Galerię DAP, żeby obejrzeć prace wybitnych polskich artystów, fotografujących albo wykorzystujących w swojej pracy medium fotografii. Od kilku lat czekałam na aukcję i towarzyszącą jej wystawę, która będzie przygotowana na takim poziomie, z zachowaniem standardów kolekcjonerskich, perfekcyjną prezentacją prac, profesjonalnie opracowanym katalogiem.Właściwie można się było tego spodziewać w momencie, gdy organizacją aukcji zajęły się artystki doskonale znające realia polskiego i zagranicznego rynku fotografii czyli Katarzyna Sagatowska i Katarzyna Majak. Udało im się dokonać ciekawego wyboru prac, ale też przygotować wyjątkowe historie wystawionych na aukcję fotografii (wszystkie w katalogu). Niby tak powinno być zawsze, ale wiadomo jak było do tej pory.
Z dorobku artystów kuratorki wybrały fotografie zajmujące szczególne miejsce w twórczości polskich i zagranicznych artystów, zdjęcia wystawiane na ważnych wystawach, publikowane, nagradzane lub pochodzące z istotnych cykli. Do licytacji zostaną wystawione prace, m. in.: Zdzisława Beksińskiego, Bownika, Karoliny Breguły, Jana Bułhaka, Michała Cały, Zofii Chomętowskiej, Witolda Chromińskiego, Sławomira Decyka, Mariana Dederki, Marty Deskur, Mikołaja Długosza, Andrzeja Dragana, Katarzyny Fortuny, Mariana Gadzalskiego, Marka Gardulskiego, Krzysztofa Gierałtowskiego, Teresy Gierzyńskiej, Maurycego Gomulickiego, Michała Grochowiaka, Mikołaja Grynberga, Edwarda Hartwiga, Karola Hillera, Ryszarda Horowitza, Magdy Hueckel, Waldemara Jamy, Krzysztofa Kamińskiego, Jakuba Karwowskiego, Jarosława Klupsia, Sylwii Kowalczyk, Kacpra Kowalskiego, Zofii Kulik, Ewy Kuryluk, Pawła Kwieka, Andrzeja Lachowicza, Natalii LL, Marty Leśniakowskiej, Agaty Madejskiej, Katarzyny Majak, Rafała Milacha, Teresy Murak, Wacława Nowaka, Fortunaty Obrąpalskiej, Krzysztofa Pająka, Adama Pańczuka, Marka Piaseckiego, Pawła Pierścińskiego, Wojciecha Plewińskiego, Jacka Poremby, Stanisława Pręgowskiego, Grzegorza Przyborka, Konrada Pustoły, Agnieszki Rayss, Józefa Robakowskiego, Andrzeja Różyckiego, Sławomira Rumiaka, Zygmunta Rytki, Jadwigi Sawickiej, Bronisława Schlabsa, Mikołaja Smoczyńskiego, Basi Sokołowskiej, Juliusza Sokołowskiego, Zdzisława Sosnowskiego, Szymona Szcześniaka, Waldemara Śliwczyńskiego, Ewy Świdzińskiej, Andrzeja Świetlika, Tadeusza Wańskiego, Jerzego Wardaka, Wojtka Wieteski, Marii Wołyńskiej, Piotra Wołyńskiego, Krzysztofa Zarębskiego, Joanny Zastróżnej.

Oglądajcie, kupujcie, twórzcie swoje niepowtarzalne kolekcje. 

23:07, cwiczeniazpatrzenia , galeria
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 listopada 2011
Fotografia to

Być może podobnie jak ja często zastanawiacie się, czym jest dziś fotografia. Sporo jest na ten temat dobrych lektur, wiele o samej fotografii można przeczytać w książkach z pozoru jej nie poświęconych. Polecam dziś rodzaj bryka, który odkryłam przy okazji festiwalu w Arles. Fotografka Mishka Henner realizując projekt internetowy "Photography is" zebrała ponad 3000 definicji "fotografii". Całość można przeczytać TU. Na zachętę trzy cytaty, których nie tłumaczę na polski, bo oczywiście tracą melodię:
"Photography is a good excuse to get outdoors"
"Photograpy is all about being spontaneous"
"Photograpy is like my third eye and my second voice"


23:00, cwiczeniazpatrzenia , na półce
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37