świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
Blog > Komentarze do wpisu
Pielgrzymka Annie Leibovitz

Pastele Georgi O'Keeffe, fot. Annie Leibovitz /"Pilgrimage" (Random House, 2011)

Beata Łyżwa-Sokół: Od lat dla największych magazynów na świecie realizujesz wielkie, przypominające produkcje filmowe, sesje celebrytów. Skąd pomysł na kameralną serię pejzaży, zdjęć architektury i wnętrz kojarzących się z postaciami ważnymi dla historii i kultury USA?

Annie Leibovitz: Po dość trudnym dla mnie czasie potrzebowałam oczyścić swój umysł i zająć się tym na czym mi zależy, co jest dla mnie ważne. Przez lata nauczyłam się, jak dbać o siebie i pracę, wiem że w odpowiednim momencie dobrze jest wyłączyć się i zrobić coś inaczej niż zwykle. Warto się zatrzymać i doładować akumulatory, zanim straci się umiejętność odczuwania czegokolwiek. Po prostu trzeba odzyskać siebie.

Dosłownie interpretując tytuł twojej książki – „Pilgrimage” to rodzaj pielgrzymki w głąb siebie?

Pielgrzymka to bardzo mocne słowo. Dla mnie oznacza poszukiwanie, podróż mającą na celu odnalezienie czegoś, medytację. Inspiracją była wizyta w domu brata Emily Dickinson w Massachusetts. Dom, dziś muzeum, od czasów wiktoriańskich niewiele się zmienił, na ścianach rozkładają się tapety. Zatrzymałam się żeby zrobić kilka zdjęć, wtedy nie traktowałam tego jako pracę, temat. Po raz pierwszy pomyślałam o tym w ten sposób kilka miesięcy później, podczas wyjazdu rodzinnego nad Niagarę. Zobaczyłam swoje dzieci, które jak zahipnotyzowane podziwiały wodospad, zaciekawiona ich fascynacją zaczęłam robić zdjęcia.

Jakim kluczem kierowałaś się wybierając miejsca do zdjęć? Kto spośród znanych z historii Ameryki polityków, artystów Ciebie inspirują, są dla Ciebie ważne i dlaczego.

Zrobiłam listę miejsc, do których zamierzałam pojechać. Podobny pomysł na książkę miała kiedyś Susan Sontag, był nawet roboczy tytuł - „The Beauty Book”. Zawsze chciałam zobaczyć Isle of Wight ponieważ nigdy nie mogłam zrozumieć jak Julia Margaret Cameron mogła tam fotografować skoro przebywanie na wyspie nie miało sensu. Nie ma już jej studia w ogrodzie ale zachowało się ogrodzenie i brama Alfreda Tennysona. Robienie zdjęć w tym miejscu przypominało poszukiwanie skarbów.

Jak ważna była wizyta w miejscach związanych z Georgią O’Keeffe?

O' Keeffe była wielką artystką, której jednak nigdy nie podziwiałam, ani nie próbowałam naśladować. Odbierając nagrodę Muzeum Georgi O’Keeffe w Santa Fe w Nowym Meksyku zostałam zaproszona na Ghost Ranch oraz do jej domu w Abiquiú, położonego na wzgórzu, z którego roztaczał się widok na całą dolinę. Pojechałam tam i gdy weszłam do jej pracowni rozpłakałam się. Uderzył mnie skromny styl życia, które prowadziła. Widok postrzępionych płócien uświadomił mi jak niewiele potrzebujemy. Prowadziła proste życie: pracowała każdego dnia, uprawiała warzywa, spacerowała po ziemi równie wymizerowanej jak ona. Była prawdziwa. Na jednym z jej obrazów widać czerwone wzgórze, które wygląda jak góra, w rzeczywistości to wysokie na 12 stóp mrowisko. Niezwykłe jest to, że dom praktycznie nie zmienił się po jej śmierci. W muzeum można obejrzeć pastele własnoręcznie wykonane przez malarkę. Patrząc na nie faktycznie masz uczucie, że ich dotykała, używała. To kolory Nowego Meksyku, czerwienie i błękity, barwy piasku na wzgórzach i nieba. Spacerowała każdego dnia. Zastanawiałam się dlaczego na wszystkich zdjęciach jest pochylona. Zrozumiałam to dopiero na miejscu, gdy zobaczyłam skały wokół jej domu – znosiła je do domu wiadrami. Spacerując zabijała grzechotniki, później straszyła gości grzechotkami przechowywanymi w pudełku. Obok kanapy, w szklanym stoliku trzymała węża...

Realizując “Pilgrimage” miałaś poczucie, że robisz coś całkiem innego niż do tej pory?

Poświęciłam temu projektowi ponad 2 lata, nie sądzę, żeby ta praca różniła się od tego, co robiłam dotychczas: zbieranie notatek, które tworzą portret. Fotografia daje wiele możliwości, można jej używać na różne sposoby. Praca nad „Pilgrimage” była poszukiwaniem emocji jednoczących serce i duszę. To było dla mnie bardzo inspirujące.

Zmienia się współczesne dziennikarstwo, pojawiają się nowe możliwości i standardy. Ktoś powiedział, że wraz z przeniesieniem się do Internetu większości mediów papierowych, profesjonalnych dziennikarzy zastąpią „media workerzy”, łączący kompetencje autora tekstu, redaktora, fotoedytora i wydawcy. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze.

W tym kontekście pozwalam sobie na żart. Na prośbę o wywiad z Annie Leibovitz jedna z osób zajmujących się udostępnianiem jej fotografii wysłała mi pdf z tekstem opublikowanym w Guardianie ( to dłuższa wypowiedź fotografki wysłuchana przez dziennikarkę) i propozycją dopisania swoich pytań. Co też uczyniłam.

Przepraszam za niedoskonałe tłumaczenie wypowiedzi A. Leibovitz, nie zajmuję się tym zawodowo, starałam się jednak oddać sens słów fotografki.

Pełny tekst, oryginalna wypowiedź Annie Leibovitz spisana przez Sarę Philips dla Guardiana TU

środa, 21 marca 2012, cwiczeniazpatrzenia

Polecane wpisy

  • Wśród swoich zdjęć jestem sam

    Krzysztof Miller 13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego "Choćbym nie wiem jak się starał, pamięci nie da się prosto ogarnąć. Uporządko

  • Fotografia to

    Być może podobnie jak ja często zastanawiacie się, czym jest dziś fotografia. Sporo jest na ten temat dobrych lektur, wiele o samej fotografii można przeczytać

  • Czarny paszport

    Paris 1986 r./Black passport/Stanley Greene Ktoś zapytał mnie czy mogłabym polecić na wakacje ciekawą książkę o fotografii. Sama chętnie przeczytałabym np. "His

Komentarze
2012/03/23 05:11:36
Przede wszystkim, cieszę się z powrotu Autorki bloga po dłuuuugim urlopie. Ego contra spem speravi. Obym nie był jedynym, który nie stracił nadziei. W każdym razie dobrą wiadomość poniosę, gdzie mogę.

Żart dobry, tłumaczenie też.
-
franc_z_francji
2012/04/01 21:19:46
świetny wpis i bardzo fajny blog :)