
8,799661 Suns From Flickr (Partial) 3/8/11, fot. Penelope Umbrico /Courtesy of the artist /Copyright Rencontres Arles
„Teraz my występujemy w roli wydawców. Wszyscy przetwarzamy, wycinamy, miksujemy, przesyłamy. Możemy tworzyć obrazy na wiele sposobów. Wszystko czego potrzebujemy to jedynie: oczy, rozum, aparat fotograficzny, telefon, laptop, skaner i punkt widzenia. Kiedy nie edytujemy, tworzymy.Tworzymy więcej, niż kiedykolwiek przedtem, ponieważ nasze źródła są nieograniczone a możliwości nieskończone. Mamy internet pełen inspiracji: głębi, piękna, niepokoju, absurdu, banału, żargonu i intymności. Mamy niepozorne aparaty, rejestrujące najjaśniejsze światło i najciemniejszą ciemność. Potencjał technologiczny pobudza kreatywność. Zmienia też nasze myślenie o tworzeniu, przypominjącym zabawę, opartą na zamianie starego w nowe i uszlachetnianiu tego, co pospolite. Dzieło z przeszłością wygląda jak współczesne.Chcemy nadać takiej twórczości nowy status. Od teraz wszystko będzie już inne...“ – oświadczyło pięciu kuratorów w manifeście towarzyszącym jednej z najciekawszych i najczęściej krytykowanych wystaw „From here on..", prezentowanej podczas trwającego do 17 września festiwalu fotografii we francuskim Arles.
Po blisko dekadzie od powstania Google Images, siedem lat po udostępnieniu Google Maps i Flickera każdego dnia w przestrzeni wirtualnej pojawia się tysiące nowych fotografii. To głównie zdjęcia rodzinne, z wakacji, imprez, te najbardziej banalne i absurdalne, intymne, udane i nieudane, amatorskie, w tym takie, których nie powstydziłby się żaden współczesny artysta, pojedyncze oraz złożone z kilku i kilkudziesięciu innych, podpisane nazwiskiem autora, ale też anonimowe, bezpańsko plątające się w sieci, przywłaszczone przez innych, zmanipulowane w photoshopie, skadrowane, pocięte. Można je oglądać bez końca, Internet to przecież jedna wielka galeria fotografii.
Czy kogoś, kto zbiera "fotki z netu", można nazywać artystą? Co z prawem autorskim, wykorzystywaniem fragmentów zdjęć innych do tworzenia nowych fotografii, kopiowaniem cudzych pomysłów? Jak dygitalizacja i dostępność fotografii wpływa na jej jakość i treść? Czy jeszcze warto dzielić autorów zdjęć na amatorów i profesjonalistów? Co się stanie z fotografią, którą nie wychodząc z domu, potrafi dziś zrobić i opublikować każdy? Na te i podobne pytania szukali odpowiedzi kuratorzy pokazywanej na festiwalu fotografii w Arles wystawy "From here on...": Clément Chéroux, historyk fotografii i kurator paryskiego Centre Pompidou; Martin Parr fotograf słynnej agencji „Magnum“; Eric Kessels – dyrektor kreatywny agencji KesselsKramer oraz wydawca albumów fotograficznych; Joan Fontcuberta, artysta konceptualny, pisarz i wykładowca; Joachim Schmid, artysta od dwóch dekad zajmujący się fotografią znalezioną m.in. w Internecie.

NATO Storage Annex, Coevorden, fot. Mishka Henner /Courtesy of the artist/Copyright Rencontres Arles
Na wystawie można obejrzeć prace 36 artystów. Wiele z nich to wydobyte z sieci cykle fotografii o podobnej tematyce. - Jaki sens ma robienie kolejnej fotografii zachodu słońca, skoro jedno kliknięcie myszki daje nam dostęp do miliona takich zdjęć w internecie - pyta Amerykanka Penelope Umbrico prezentująca ogromną fotografię - patchwork złożony z niezliczonych zdjęć zachodów słońca. Corinne Vionnet ze Szwajcarii zgromadziła zdjęcia amatorskie opublikowane w Google'u i na Flickerze, przedstawiające popularne miejsca turystyczne na świecie. Artystka zauważyła, że większość z nas fotografuje tak samo, wybieramy podobny, centralny kadr, na tej samej wysokości komponujemy linię horyzontu. 200-300 zdjęć m.in. wieży Eiffel'a, placu Czerwonego czy Koloseum nałożyła na siebie, tworząc efektowne, wielkoformatowe kolaże.

Photo Opportunities, fot. Corinne Vionnet /Courtesy of the artist/Copyright Rencontres Arles
Określający się mianem "fotografa fotelowego" Szwajcar Kurt Caviezel wyszukuje zdjęcia wykonane przez kamery internetowe. Swoją absurdalną kolekcję podzielił na dwie kategorie, "insekten" to zdjęcia, na których w kadrze pojawiają się owady oraz "vogel", na których część kadru zasłania ogon ptaka. Pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi na beznamiętne, rzetelnie wykonane panoramy miast uchwycone przez kamery internetowe, gdyby nie ich niedoskonałość, zakłócenie, które intryguje Caviezela. Serię cieszącą się nieustannym zainteresowaniem widzów stworzył holenderski fotoedytor Frank Schallmaier, który pozbierał w sieci zdjęcia penisów, których właściciele, dla podkreślenia skali, fotografowali je m.in. z paczką papierosów, telefonem komórkowym, puszką po piwie czy patyczkiem do czyszczenia uszu.
Kilku autorów poruszyło w swoich projektach kwestię percepcji fotografii w dobie cyfryzacji obrazu. Hermann Zschiegner z Niemiec zwrócił uwagę na jakość zdjęć, z którymi na co dzień spotyka się przeciętny użytkownik Google‘a. Tę samą fotografię Walkera Evansa, słynny portret Allie Mae Burroughs, której twarz stała się symbolem amerykańskiej Wielkiej Depresji, pokazał na 26 wydrukach, z któryh część stanowiły reprodukcje zdjęcia Evansa, a pozostałe to poddane modyfikacjom kopie tej fotografii autorstwa Sherrie Levine, artystki znanej z używania prac innych. Wśród dobrej jakości skanów Evansa znalazły się rozpikselowane, nieostre obrazy Levine, które obejrzy w sieci internauta nie zawsze zorientowany np. w historii sztuki. Który obraz zostanie mu w pamięci jako oryginał? – zastanawia się Zschiegner.

Nancy Bean z aparatem, fot. Christian Allen /Courtesy of the artist/ Copyright Rencontres Arles
Nowe technologie to przede wszystkim nowe możliwości - podkreślają twórcy wystawy. Brytyjka Christian Allen wyposażyła w aparat fotograficzny swojego kota - Nancy Bean, który obfotografował najbardziej niedostępne dla swojej właścicielki okolice Plymouth. Jon Rafman z Kanady wykonał screenshoty z filmów realizowanych przez kamery uliczne Google'a, dokumentując życie prostytutek na ulicach Włoch i Hiszpanii. Seria oparta na identycznym pomyśle co cykl Rafmana została wyróżniona w tegorocznej edycji prestiżowego konkursu World Press Photo. W profesjonalnym świecie fotografii odebrano ją jako sygnał, że coraz częściej liczy się dziś forma zdjęć oraz jej temat niż jej jakość czy sposób wykonania.

Valassa, Rho, Lombardy, Italia, Google street view, fot. Jon Rafman / Courtesy of the artist / Copyright Rencontres Arles
Wystawa "From here on..." reklamowana jest jako opowieść o współczesnym świecie opowiedziana przez zwykłych ludzi, nie artystów, pisarzy, reżyserów czy dziennikarzy. - Nie twierdzimy, że odkryliśmy coś nowego, ale te fotografie to znak naszych czasów, efekt eksploracji nowych mediów - mówi Erick Kessels, jeden z kuratorów. - To nic, że ich oczy nie są pierwszymi, które realizują zobaczone obrazy, a ich prace to efekt oglądactwa, miksowania, multiplikowania, kopiowania i kolekcjonowania zdjęć, których autorem był ktoś inny. Chcieliśmy docenić kreatywność użytkowników sieci zafascynowanych cyfrowymi obrazami - dodaje Clément Chéroux, przypominając o zbliżającej się setnej rocznicy powstania idei "ready made" Marcela Duchampa, która podobnie jak dziś internet stała się inspiracją dla kolejnych pokoleń artystów. Analizując projekty oparte na zdjęciach zebranych w sieci mogłoby się wydawać, że w dobie fotografii cyfrowej i ogromnej popularności portali społecznościowych tyle o sobie wiemy, ile pokażemy i znajdziemy w internecie. Na szczęście wciąż powstają fotografie, które można zrobić tylko po opuszczeniu wygodnego fotela, w trakcie spojrzenia drugiej osobie prosto w oczy albo postawieniu stóp na piasku w najbardziej kiczowatych okolicznościach przyrody.
Dla tych, którzy chcieliby zobaczyć w Arles coś więcej niż zdjęcia, które na co dzień oglądają w sieci, czeka mnóstwo ciekawych wystaw, w tym m.in. sprowadzona z Nowego Jorku "Mexican Suitcase" z odkrytymi fotografiami wojennymi Roberta Capy, Gerdy Taro i Chima (Davida Seymoura) czy pokazywana w ramach prezentacji fotografii meksykańskiej seria zdjęć Enrique Metinidesa "101 tragedies", nazywanego meksykańskim Weegem, który jak jego amerykański kolega namiętnie dokumentował wypadki, katastrofy, samobójstwa i inne drastyczne sceny uliczne. Warto też zajrzeć na ogromną wystawę zdjęć publikowanych w "The New York Times Magazine" od początku powstania pisma.