świat w subiektywie czyli nie tylko o fotografii
Blog > Komentarze do wpisu
Zapiski Patrzacza


fot.Bogdan Dziworski


Właściwie cała nasza rozmowa dotyczy strzałów. Nieprzerwanej gotowości do ich oddania, refleksu, wyczucia „sprawy”, ilości wychodzonych w tym celu godzin. Bo  niby wiadomo jak to działa, ale też nie ma reguły, czasem trzeba oddać strzał wcześniej, jakby przechytrzyć los. Rozmawiamy o tym, co faktycznie jest na jego zdjęciach, a nie o tym, czego nie udało się pokazać i co wyjaśni rozbudowany podpis albo filozoficzny tekst kuratorski. Wystarczy informacja: Polska, Nowy Jork, Meksyk, Bułgaria itd. Reszta jest na fotografii: namiętność, intryga, tęsknota, radość, beztroska, wstyd, melancholia i więcej, jeśli ktoś chce. Kilka wielkich i kilka małych spraw, z których układa się obraz życia wtedy, ale też dziś. Zmieniają się tylko dekoracje, człowiek pozostał ten sam. I jest najważniejszy, bez niego nie ma zdjęcia. Między słowami pojawia się dygresja dotycząca szczęścia. Trzeba je mieć. I już. Może jeszcze styl. Gdy wszyscy fotografują, bez niego ani rusz.
Wycieczki osobiste raczej nie wchodzą w grę, dopytywanie o „podchody” damsko-
męskie dawniej- nie ma sensu. Próbuję coś ustalić w kwestii tzw. cienkich spraw, chcę się dowiedzieć, jak kiedyś wyglądał podryw, miłość w ogóle. Nic. Na koniec z pewną taką nieśmiałością zadaję pytanie, którego nie powstydziłaby się dziennikarka kolorowego pisma: Najgłupsza rzecz, którą zrobił pan jako zakochany mężczyzna? Tu wreszcie coś, nawet konkret, choć niecenzuralny, ale mam zgodę na publikację.
Finał. Gdzieś między drugim podwójnym espresso a latte-wyznanie, rodzaj motta, że fotografowanie to myślenie. Ciekawe kto dziś zrozumie, co autor miał przez to na myśli?

Oczywiście rozmawiam z Bogdanem Dziworskim, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości.

W KAŻDEJ CHWILI JESTEM GOTOWY DO STRZAŁU

B.Ł. Skąd się wzięły zdjęcia, które oglądamy na wystawie „Podchody i inne gry
towarzyskie” w warszawskiej Leica Gallery?

B.D.: Powierzyłem swoje archiwum polskiemu przedstawicielowi Leiki. Oni archiwizują i katalogują moje negatywy, sami wybierają zdjęcia, które chcą pokazać publiczności. Wystawa „Podchody i inne gry towarzyskie” to pierwsza odsłona naszej współpracy. Będą kolejne projekty, być może album. Wróciłem też do fotografowania, znowu spędzam kilka godzin dziennie na ulicy, z analogową Leiką.

Czy robiąc te zdjęcia 30 lat temu myślał pan o konkretnym temacie?

Fotografowałem wszystko, co działo się na ulicy. Dziś ludzie z Leiki oglądają moje negatywy i wybierają kadry, których sam bym nawet nie zauważył. Układają wystawę, zestawiają ze sobą konkretne zdjęcia. Te fotografie mają pewne niedoskonałości, powstawały na starych negatywach, wiele lat leżały w nieodpowiednich warunkach, widać na nich ziarno. Ku mojemu zaskoczeniu to wpływa na ich treść. A temat? Trzeba go wyczuć, ale trzeba też mieć szczęście. Niektóre kadry mogą się komuś wydawać podejrzane, zostały wykonane w najlepszym momencie. Na tym właśnie polega szczęście, potrafię uchwycić to, co wydawało się nie do uchwycenia.

Trzeba też dużo chodzić, do znudzenia powtarza pan swoim studentom.

Tak, żeby osiągnąć wymarzony efekt te kilka godzin dziennie trzeba wychodzić. Kto chodzi, ten wychodzi.

Dlaczego wraca Pan do fotografowania?

Mam kilka projektów filmowych, które z powodu funduszy czekają na realizację, nie chcę marnować czasu.

I jak za dawnych lat zajął Pan sobie miejsce w kawiarni z najlepszym widokiem na ulicę. Pierwszy plan czyli opuszczany, pofalowany dach kawiarni posłuży jako „rama” zdjęcia, kontroluje Pan sytuację.

Myślałem że trudno mi będzie wrócić do robienia zdjęć, ale powoli się rozkręcam. Może coś z tego będzie, może nie, najważniejsze, że dobrze się z tym czuję, jestem w swoim świecie. Pracuję na negatywie, dopóki tego nie wywołam, nie będę widział, czy oddałem dobry strzał. Wywołuję negatywy hurtowo, co kilka tygodni, przeglądam je i odkrywam sytuacje, o których już zapomniałem. To fantastyczne.

Jak reagują na Pana ludzie?

Różnie, zdarza się, że protestują albo są nieprzyjemni. Nie dyskutuję z nimi, po chwili przestają zwracać na mnie uwagę.

Kiedyś było inaczej?

Tak samo, choć facet z aparatem był atrakcją. Dziś każdy ma aparat w kieszeni, w telefonie.

I wszyscy fotografują, każdy może zostać fotografem?

Każdy, ale liczy się styl, sposób patrzenia, wrażliwość. Mając zautomatyzowany aparat każdy może zrobić zdjęcie, ale większość nie zastanawia się jak je zrobić. Osobiście wolę sobie wszystko ustawić. Pracuję na jednym obiektywie, gdy widzę ciekawą scenę, muszę ustawić sobie ostrość, stanąć w odpowiedniej odległości, zorganizować kadr, ocenić światło. Muszę pomyśleć i to myślenie mnie mobilizuje do pewnych działań, które wpływają na treść zdjęcia.

Co dziś Pana interesuje w fotografii?

Człowiek, to się nie zmieniło od początku. Dlatego fotografuję na krótkich czasach, żeby uchwycić autentyczność sytuacji, żeby nie fałszować rzeczywistości. Staram się być czujny, w każdej chwili jestem gotowy do strzału.

Liczy się refleks.

Zdarza się, że robię zdjęcie, zanim zdążę o nim pomyśleć.. Coś się dzieje, robię zdjęcie z biodra, nie wiem czy coś z tego wyjdzie, zobaczę to dopiero na odbitce. Na tym polega tajemnica tego typu fotografii. Niby panuję nad sytuacją, strzelam, wydaje się że „mam”, a na zdjęciu widać, ze to nie jest to. Innym razem jest odwrotnie, myślę, że nic nie zrobiłem, źle nastawiłem ostrość, za późno podniosłem aparat, patrzę na negatyw i jest! Nie ma reguły. Jak mówił Cartier Bresson: „Było, minęło i nie ma”. Muszę być czujny, dana sytuacja się nie
powtórzy, trzeba ją schwycić.

Powiedział pan kiedyś, że dobre zdjęcia się nie starzeją. A uczucia?

Przy dobrej diecie uczucia też się nie starzeją.

Co to za dieta?

Żyję chwilą, nie przepuszczam przez umysł takich rzeczy. Teraz wszyscy tak chętnie do wszystkiego się odnoszą, przeżuwają te wielkie sprawy, wylewając przy tym z siebie mnóstwo okrągłych zdań. Ja nie jestem czytaczem tylko patrzaczem, trzeci rząd, bilet ulgowy, obiad za 7 zł.

I co ten „patrzacz” z Leicą w pełnej gotowości wypatrzył w życiu?

Co wypatrzone, to moje. Reszta to literatura, tam jest tego dużo. Czasem uda się zrobić zdjęcie warte, jak ktoś powiedział 1000 słów. Można je sobie potem powiesić na ścianie, pomyśleć o tych wszystkich ważnych sprawach, dojść do pewnych wniosków, ale nie filozofować zbytnio, raczej to poczuć.

Najgłupsza rzecz jaką zrobił Bogdan Dziworski jako zakochany mężczyzna?

Ożeniłem się! I to trzy razy.

Nie wiem, czy możemy to wydrukować?

Oczywiście, wyłączając ostatnie małżeństwo, to się zgadza.



niedziela, 26 czerwca 2011, cwiczeniazpatrzenia
Komentarze
2011/07/03 17:41:08
Pani Beato,
odpowiadając na prowokacyjne pytanie - oczywiście, że są fotografowie, którzy parają się myśleniem przed (a nawet po) zrobieniem zdjęcia.
Bardzo dobry, zwięzły wywiad :)
-
2011/07/08 11:41:36
Ciekawa rozmowa. Czy to początek nowej serii na blogu?
-
2011/07/09 00:17:35
Od czasu do czasu publikuję w blogu rozmowy z fotografami, chciałabym częściej, tylko czasu wciąż brakuje. Pozdrawiam.