
Lester B.Morisson, Broken Manual, ujęcie z wystawy w Walker Arts Centre, Mineapolis, 2010
Całkiem możliwe, że sukces zakończonego właśnie Miesiąca Fotografii w Krakowie polegał na tym, że można go było przeżyć wcale nie ruszając się z domu. Obejrzałam festiwal "na żywo", a w pociągu z Krakowa przeczytałam katalog od deski do deski. Mimo że wciąż trudno mi w to uwierzyć - to drugie było o niebo ciekawsze. Nie uważam że to źle, przyznaję tylko, że mam z tym kłopot. Wszystko dlatego, że tegoroczny MFK, którego tematem był oparty o koncepcję heteronimu „Alias”, bardziej był o literaturze niż o fotografii i więcej było tu do czytania niż do oglądania. Tym, którzy nie zdążyli w tym roku dojechać na MFK, podobnie jak kuratorzy ostatniej edycji - proponuję eksperyment. Zajrzyjcie na stronę festiwalu oraz na strony galerii, które wzięły w nim udział, przede wszystkim zaś przekartkujcie katalog towarzyszący tegorocznemu MFK. Być może przyznacie mi rację.
W tym roku MFK wpisał się w modny od dawna w świecie sztuki współczesnej trend polegający na tym, że obraz staje się załącznikiem do teorii. Widzom festiwalu łatwiej było rozmawiać o strategii kuratorów „Aliasu”, niż o tym, co widzieli na wystawach. Sama przyłapałam się na tym, że bardziej skupiam się na ocenie teksów literackich opublikowanych w katalogu, a mniej na zdjęciach, które powstały w efekcie współpracy zaproszonych artystów. Nie wiem, czy tak dobrane proporcje na festiwalu, który do tej pory bombardował nas obrazem były dobre czy złe. Nie wiem tego ani po obejrzeniu wystawy wprowadzającej, pokazanej na dwu piętrach Bunkra Sztuki, ani po odwiedzeniu kilkunastu z 23 wystaw prezentowanych w muzeach i galeriach w Krakowie. Twórcy MFK 2011, w tym dwójka zagranicznych kuratorów zaproszonych do tegorocznej edycji przyznali, że stawiają na eksperyment, który miał się nie udać. Jeden z krytyków porównał ów eksperyment do zabawy w ciuciubabkę i mimo, że była to jedyna opinia, którą wyraził w swoim tekście na temat festiwalu, nie będąca kopią informacji prasowej bądź tekstów kuratorskich, trudno się z nią nie zgodzić. Większość osób, z którymi rozmawiałam o programie "Alias" nie mogła sobie z tą wystawą poradzić. I nie chodziło tylko o to, że wśród wielbicieli fotografii, są tacy, którzy odmawiają jej prawa do romansu z literaturą i tacy, dla których słowo towarzyszące zdjęciom może być nie tyle dopełniające, co wręcz ważniejsze. Miałam wrażenie, że krążący między galeriami bezskutecznie poszukiwali przełożenia oryginalnej koncepcji kuratorskiej na sztukę, w tym na fotografię przede wszystkim. Stąd pewne rozczarowanie, może niedosyt?
Jak sobie poradzić z tym festiwalem? Świetny tekst o MFK napisał Piotr Kosiewski z "Tygodnika Powszechnego". Sam tytuł - "Stać się artystą. Na chwilę" może być jednym z tropów do przemyśleń. Kluczem do wystawy "Alias" mógłby się stać dość zabawny film Maxa Pinckersa „Nie w kolejności występowania” (do obejrzenia TU), będący jednym wielkim cytatem, z którego szybko wpadają w ucho zdania: "Sztuką jest to wszystko, co nią nie jest" albo "Artystą może się stać tylko artysta". Być może kogoś uwiedzie piękne motto „Aliasu” autorstwa Fernando Pessoa: "Gdyby serce mogło myśleć, przestałoby bić". Trochę zazdroszczę wszystkim, którym się to uda.